Filmy
(Jeździec bez głowy)
Scenariusz: Andrew Kevin Walker, Kevin Yagher
Produkcja: Niemcy, USA
Rok produkcji: 1999
Muzyka: Danny Elfman
Christina Ricci
Miranda Richardson
Michael Gambon
Hasło reklamowe towarzyszące filmowi Tima Burtona „Jeździec bez głowy” – „Heads will roll” – to już wystarczający powód, aby każdemu miłośnikowi ekranowej makabry szybciej zabiło serce. Połączenie wyobraźni jednego z najbardziej oryginalnych reżyserów filmowych (w dodatku nader często i nader chętnie zapuszczającego się na tereny kina grozy) i intrygującego tematu zaczerpniętego z opowiadania Washingtona Irvinga („The legend of Sleepy Hollow”) wróżyło pojawienie się obrazu nietuzinkowego. I tak też, pod pewnymi względami, się stało. Nie bez drobnych potknięć, niestety (o tym za chwilę), niemniej z zadowalającym efektem końcowym „Sleepy Hollow” to interesujący punkt na mapie filmu grozy końca lat 90’.
Andrew Kevin Walker, scenarzysta „Sleepy Hollow” i człowiek odpowiedzialny za skrypt do „Siedem” Davida Finchera, znacząco odszedł od oryginału Irvinga pozostawiając jedynie miejsce akcji, głównego bohatera i bezgłowego upiora. Ale i tu, jakby przystrajając temat do estetyki Burtona, scenarzysta, do spółki z Kevinem Yagherem, pozwolił sobie na odrobinę twórczej swobody. Znajdujemy się zatem w Stanach Zjednoczonych końca XVIII wieku. W niewielkiej, kolonialnej wiosce leżącej nieopodal Nowego Jorku, tytułowym Sleepy Hollow, dochodzi do okrutnych morderstw. Pogłoski mówią, że zabójcą jest powracający zza grobu heski najemnik, który wiele lat temu zginął w lasach okalających wioskę, zdekapitowany przez grupę żołnierzy. Kiedy jego ofiarą pada kolejny nieszczęśnik władze miasteczka zaczynają szukać pomocy wśród nowojorskich stróżów prawa. Ci z kolei delegują do rozwiązania tajemniczej sprawy Ichaboda Crane’a – młodego konstabla (u Irvinga Crane był nauczycielem) o cechach neurotyka (charakterystyczne dla bohaterów Burtona), który ślepo wierząc prawom logiki i nauki postanawia zdemaskować „zabójcę z krwi i kości” stojącego za nieszczęściem Sleepy Hollow. Podróż do miasteczka okaże się jednak dla młodzieńca wyprawą nie tylko do irracjonalnego świata upiorów, ale i wędrówką wewnątrz jego własnej duszy.
„Jeździec bez głowy” to temat wręcz wymarzony dla Burtona, reżysera lubującego się w makabrze podszytej ironią. Autor „Batmana”, „Miasteczka Halloween” czy „Eda Wooda” w każdym swoim filmie zdaje się powracać do, paradoksalnie, wytartych motywów i schematów pochodzących z klasycznych fabuł grozy. Zafascynowany w dzieciństwie obrazami Jamesa Whale’a, Toda Browninga, Rogera Cormana czy widowiskami z brytyjskiego studia Hammer, Tim Burton przypomina w swej postawie reżysera-archeologa, czy też raczej „niesfornego dowcipnisia”, który klasyczne wzorce przekuwa zgodnie z własną wrażliwością. Jak inaczej zrozumieć dramat „Edwarda Nożycorękiego”, jeśli nie przez pryzmat reinterpretacji historii Frankensteina w realiach podmiejskiej Ameryki? Jak wyjaśnić artystyczny wybór, w postaci ekranizacji kart kolekcjonerskich dla dzieci „Mars Attacks!”, jeśli nie poprzez zamiłowanie do tandetnego, acz fascynującego nurtu filmu science-fiction z lat 50’? Burton, nie będąc twórcą stricte związanym z gatunkiem horroru, pozostaje jednym z najważniejszych interpretatorów jego tradycji i estetyki. Udowodnił to, chociażby w omawianym „Jeźdźcu bez głowy”, który bez większych przeszkód można potraktować jako skansen gatunkowych chwytów i aluzji. Skansen, dodajmy, niepozbawiony wszak uroku i wprawnej ręki świadczącej o erudycji samego autora. A jeśli dodać, że Burton przystąpił do realizacji „Sleepy Hollow” niemalże jako do swoistego rodzaju autoterapii, w związku z porzuceniem przez studio Warner Brothers jego projektu „Superman Lives!”, hasło „Heads will roll” nabierze cech niepokojącej groźby.
Jak już wspomniałem, „Jeździec bez głowy” to prawdziwy raj dla miłośnika horroru. Co bardziej zorientowany w tradycji tego nurtu widz, bez większych trudności rozpozna w dziele Burtona nader liczne aluzje do klasyków. Mamy więc scenę w młynie, zupełnie jak we „Frankensteinie” Jamesa Whale’a, motyw czarownicy (w postaci uroczej Katriny Van Tassell granej przez Christinę Ricci), a wreszcie i estetyczne nawiązania do hammerowskiej tradycji. Jeśli wierzyć słowom samego Burtona, opowieść o Ichabodzie Crane, to hołd złożony brytyjskiemu kinu grozy. I trzeba tu przyznać, że strona wizualna filmu to prawdziwa uczta dla oka. Rick Heinrichs, który zdobył za swą pracę przy „Sleepy Hollow” Oskara, znakomicie oddał klimat starych filmów grozy. Holenderskie miasteczko zostało zaprojektowane z surową oszczędnością, aby jak najbliżej oddać „umowność” dekoracji Hammera. Lokacje, takie jak miejski kościół, to puste, przepastne pomieszczenia, jakby wzniesione w celu uwięzienia swych mieszkańców. Niejako na przeciwnym biegunie, twórcy pozwalają sobie jednak odwołać się do odmiennej tradycji horroru – mocno zakorzenionej we wzorcach ekspresjonistycznych. Na tle purytańskiego miasteczka otaczający go las, a zwłaszcza znajdujące się w jego centrum Drzewo Umarłych skąd Jeździec bez głowy wyrusza by mordować, to typowo poekspresjonistyczny obraz, pochodzący jakby z wyobraźni szaleńca z „Gabinetu dr Caligari”. Sam Heinrichs nazwał swego czasu owe leśne tereny „naturalnym ekspresjonizmem” i trudno nie zgodzić się z tą tezą. Na gruncie licznych odwołań plastycznych film Burtona prezentuje się znakomicie i idealnie oddaje nastrój klasycznych horrorów.
Podobnie do scenografii, również i aktorzy starają się tu jak najwierniej odwzorować styl swych poprzedników. Ekranowe odbicie samego Tima Burtona – Johnny Depp w roli Crane’a – wyraźnie nawiązuje do ról Petera Cushinga czy Vincenta Price’a. Gra w sposób teatralny, przesadnie wykorzystując mniej lub bardziej nienaturalną gestykulację, niemniej taka postawa jest akceptowalna w umownym i sentymentalizującym świecie „Jeźdźca bez głowy”. Poza Deppem interesującą kreację tworzy Christina Ricci, tu blond włosa piękność z dużym dekoltem, która od typowo pasywnej roli dopingującej swego wybranka niewiasty stopniowo przechodzi do odsłaniana większego potencjału swojej postaci, niestety nie do końca wykorzystanego. I to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o warte odnotowania aktorskie osiągnięcia. Reszta bohaterów nie jest w stanie przebić się przez wysublimowany sztafaż filmu Burtona. Nikną gdzieś pomiędzy dekoracjami, nie zapadając na dłużej w pamięci widza. Zawodzi zwłaszcza Miranda Richardson, która wypada wyjątkowo niewiarygodnie. Jakoś nie chce się wierzyć, że ta najzwyczajniej w świecie mdła i nijaka postać odgrywa w ekranowej intrydze aż tak znaczącą rolę. Za mało za to zdecydowanie Christophera Walkena – odtwórcy roli bezgłowego jeźdźca, który pojawia się na ekranie tylko na parę chwil. Są to jednak momenty, po których pozostaje tylko westchnąć z żalu, iż aktor nie mógł zagrać więcej „głową” jako postać „bez głowy”. Niczym wisienki na torcie przewijają się kultowi aktorzy, jak Christopher Lee i Michael Gough. Znów jednak, ich obecność to jedynie rodzaj złożonego hołdu i dowód zarazem, iż młodsi koledzy nie dotrzymali tempa swym mistrzom.
Tym jednak, co najbardziej obniża przyjemność oglądania „Jeźdźca bez głowy” jest jego przewidywalność. Nie trzeba mieć za sobą godzin spędzonych na oglądaniu horrorów, by mniej więcej od połowy filmu bezbłędnie rozszyfrować całą intrygę i wskazać odpowiedzialnych za przywołanie upiora zza grobu. Owa schematyczność nuży najbardziej i w konsekwencji nie pozwala do końca delektować się mroczną urodą świata wykreowaną przez Tima Burtona. Odcinanie kolejnych głów i odważne sięganie po krwawe sceny po pewnym czasie zwyczajnie przestaje bawić. Po raz kolejny sprawdza się stara zasada, iż nieważne jak wspaniale nakręcony byłby film, nic to nie da, jeśli jest zwyczajnie nudny. I choć nie znaczy to, że na seansie „Jeźdźca…” bez przerwy ziewałem, to jednak dzieło Burtona nie sprawia, że przyklejamy nos do ekranu obserwując losy bohaterów w napięciu. W trakcie oglądania spokojnie można wybrać się do kuchni celem zaparzenia kawy.
Ocenienie filmów, takich jak „Jeździec bez głowy” to prawdziwe wyzwanie dla recenzenta. Niby olśniewający wizualnie, nienajgorzej zagrany, przemyślany, ze znakomitą muzyką Danny’ego Elfmana, a jednak… A jednak czegoś tu brakuje. Może zatem, celem podsumowania, polecę ten obraz wszystkim, którzy cenią sobie w horrorach gotycko-ekspresjonistyczne nawiązania plastyczne. Tym, którzy szukają trzymającej w napięciu fabuły radzę zastanowić się dwukrotnie zanim sięgną po ten tytuł. Sam, skłaniając się raczej ku pierwszej grupie, mogę szczerze wyznać, że „Sleepy Hollow” obejrzałem bezboleśnie, a nawet z nutką satysfakcji.