Filmy
(Horror of Dracula)
Scenariusz: Jimmy Sangster
Produkcja: Wielka Brytania
Rok produkcji: 1958
Muzyka: James Bernard
Peter Cushing
Michael Gough
Melissa Stribling
Odgrywanie roli kultowej, doskonale widzom znanej i ugruntowanej w panteonie ekranowych bohaterów to zarówno zaszczyt, jak i przekleństwo dla aktora. Przekonać się mógł o tym jeszcze całkiem niedawno tragicznie zmarły Heath Ledger, który tuż po obsadzeniu go w roli psychopatycznego Jokera w „Mrocznym Rycerzu” Christophera Nolana został zalany falą złośliwej i nieznoszącej sprzeciwu krytyki. Niemniej przykład Ledgera, którego interpretacja komiksowego złoczyńcy udała się co najmniej tak samo jak wiele lat wcześniej Jackowi Nicholsonowi – jeśli nie lepiej, nie stanowi tu przykładu jednostkowego. Dość wspomnieć emocje towarzyszące wyborom kolejnego Jamesa Bonda. Ale i w horrorze mamy do czynienia z podobnymi sytuacjami. Każda kolejna odsłona klasycznych dzieł w postaci „Frankensteina” czy „Wilkołaka” niechybnie przeciwstawiana jest pomnikowym ich realizacjom w postaci filmów Whale’a i Waggnera. Spośród tych tytułów żaden jednak nie budzi w fanie horroru takiego napięcia, jak powrót do jednego z najsłynniejszych motywów grozy – wampira.
Christopher Lee – dziś jeden z najlepiej znanych i najważniejszych aktorów w dziejach filmowego horroru – z pewnością też początkowo musiał odczuwać brzemię legendy, kiedy w 1958 przystępował do realizacji „Horror of Dracula” – pierwszego z serii filmów o legendarnym wampirze, zrealizowanym dla nie mniej legendarnego, brytyjskiego studia Hammer. Lee udało się jednak, podobnie jak wiele lat później Ledgerowi, uciec od nieuchronnych porównań z klasykiem (w przypadku Draculi pod postacią Beli Lugosiego) poprzez całkowicie odmienną interpretację swojego bohatera. Zgodnie z duchem filmów realizowanych w studiu Willa Hammera i Enrique Carrerasa, odtwórca roli najsłynniejszego z wampirów, a wraz z nim cały film, podążyli w kierunku zupełnie odmiennym, niż dzieło Toda Browninga.
Punkt wyjścia pozostał ten sam. Oto do zamku tajemniczego Hrabiego Draculi przybywa Jonathan Harker – nie jednak jako sprzedawca nieruchomości (jak w klasycznych adaptacjach), ale bibliotekarz, zdecydowany pracować w posiadłości swego nowego pracodawcy. Po przybyciu na miejsce i spotkaniu z gospodarzem Harker zaczyna snuć plany realizacji prawdziwego celu swej wyprawy – zgładzenia wampira. Niestety, udaje mu się jedynie zniszczyć narzeczoną Draculi, podczas gdy on sam zamienia niedoszłego bohatera w podobne do siebie monstrum. Losy zainfekowanego wampiryzmem Harkera oraz jego najbliższych, którym Książę Wampirów poprzysięga krwawą zemstę, zależą teraz od profesora Van Helsinga…
Filmy studia Hammer, to dziś absolutna klasyka horroru. Dzieła uwielbiane i szeroko omawiane na całym świecie, choć ich twórcom początkowo nie śniła się aż taka popularność. Hammer wykształcił jednak swą własną poetykę grozy, która w „Horror of Dracula” Terence’a Fishera znajduje jedną z najdoskonalszych realizacji. Kręcone za niewielkie pieniądze brytyjskie horrory zdołały, właśnie poprzez „taniość” dekoracji i ograniczone plenery, wytworzyć aurę baśniowości, nastrój filmowego „nigdy i nigdzie” potęgujący atmosferę tajemniczości i strachu. Świat, w którym żyją bohaterowie przybiera postać swoistego „teatru grozy”, miejsca jakby wyjętego z gotyckich opowieści w przeciwieństwie do ekspresjonistycznych, anty-realistyczncyh obrazów, jak w „Draculi” Browninga czy „Frankensteinie” Whale’a. Autorowi scenografii do omawianego filmu, Bernardowi Robinsonowi, udało się zaprojektować dekoracje niekłócące się z potocznym wyobrażeniem na temat epoki wiktoriańskiej, chociaż nigdzie w filmie nie jest jasno zdefiniowane o jakich czasach mowa. Owa „nieokreśloność” i umowność wzmacniana dodatkowo przez niepokojącą, ale również niepozbawioną „teatralnej” dramatyzacji, muzykę Jamesa Bernarda owocuje niepowtarzalnym efektem hipnotyzującym widza. Nie ma w historii gatunku drugiego, poza Hammerem, nurtu, który równie mocno fascynowałby swą dekoracyjnością. W „Horror of Dracula” mamy więc surowe, acz jawnie arystokratyczne wnętrze zamku Draculi czy też pseudo-ekspresjonistyczne grobowce, wśród których przewija się wampirzyca – Lucy Holmwood. Nie są to wystawne lokalizacje (jak w „Draculi” Coppoli), ale również poprzez ten fakt podbijają one płynące z ekranu napięcie.
Niemniej to nie kwesta scenografii, lecz znakomite aktorstwo jest tym, co wyróżnia filmy Hammera na tle tak wcześniejszych, jak i późniejszych epok. Legendy – w postaci Christophera Lee, Petera Cuchinga czy Michaela Gough – dają tu prawdziwy popis swego kunsztu. Jest to styl gry, dodajmy, ściśle „hammerowski” – tzn. przerysowany i miejscami przesadnie ekstatyczny, ale doskonale komponujący się z całością ekranowego świata. Lee po raz pierwszy pojawia się zatem w swej najsłynniejszej roli – krwiożerczego wampira – zagranej jednak w zupełnie inny sposób, niż w przypadku Lugosiego. Hammerowski Dracula to nie nadnaturalna inkarnacja samej śmierci (jak w arcyklasyku „Nosferatu-symfonia grozy”) czy wcielenie ułożonego dżentelmena/tyrana (jak w odczytaniu Lugosiego). Wampir Chrostophera Lee to okrutne i krwiożercze zwierzę w „opakowaniu” przystojnego szlachcica. Początkowo widzimy go wprawdzie, jako troskliwego gospodarza, ale już chwilę później jawi się oczom widza z zakrwawionymi ustami i nieludzkim uśmiechem. Estetyka Hammera – o wiele odważniejsza w kwestii obrazowania ekranowej przemocy i erotyki, niż poprzednicy – wymagała nowego Draculi, potwora i namiętnego kochanka w jednym. Takim właśnie portretuje go Lee, swą naturalną, dystyngowaną urodą zniewalając żeńską część widowni po to tylko, aby za chwilę rzucić się jak dzika bestia na nieświadomą zagrożenia ofiarę. Na przeciwległym biegunie pojawia się tutaj inna słynna gwiazda Hammera – Peter Cushing. Jego Van Helsing (podobnie jak wcześniejsza interpretacja Frankensteina w „Curse of Frankenstein”) to postać niejednoznaczna, niby pozytywna, ale jednak w niepokojący sposób wyalienowana, chłodna w swych reakcjach i poczynaniach. To kolejny hammerowski znak rozpoznawczy – dwuznaczność bohaterów wciśnięta w ramy niby-wiktoriańskiej etykiety. Nie tylko ci dwaj wielcy aktorzy, ale również wspomniany Michael Gough, jako Arthur Holmwood, Melissa Stribling jako jego żona, czy też Carol Marsh jako nieszczęsna Lucy Holmwood dają tu istny koncert swych umiejętności. Wszyscy doskonale współtworzą obraz przerażającego świata w „Horror of Dracula”, świata opierającego się na ciągłym, fatalistycznym przeczuciu nieuchronności triumfu zła (które mimo pozornego happy endu rzeczywiście powraca w kolejnych odsłonach cyklu).
„Horror of Dracula” to prawdziwy kamień milowy dla gatunku. Film, który równie dobrze ogląda się za piątym, jak i piętnastym razem. Jednocześnie jednak jest to jeden z tych tytułów, który przykuje uwagę zarówno fanatyka horroru, jaki i laika. Ten pierwszy rozkoszować się będzie bezbłędną konstrukcją wywołującą atmosferę ciągłego zagrożenia, ten drugi zamiast zwracać uwagę na umowność scenerii da się bez wątpienia uwieść urokowi aktorów i samej historii. Jako dzieło ponadczasowe i wciąż zachwycające film Terence’a Fishera zasługuje na najwyższe oceny. Krótko: 100 procent horroru w horrorze.