Filmy
(Bal maturalny)
Scenariusz: William Gray, Robert Guza Jr.
Produkcja: Kanada
Rok produkcji: 1980
Muzyka: Paul Zaza, Carl Zittrer
David Gardnem
Leslie Nielsen
Jeff Wincott
Pierwszy slasher w dzisiejszym tego słowa rozumieniu narodził się w roku 1978, kiedy na ekranach kin pojawił się „Halloween” oraz Jamie Lee Curtis. Wtedy to podgatunek dosadnie nakreślił swój charakterystyczne styl, a inni reżyserzy rozpoczęli masowe kręcenie filmów o mordercach i ich nastoletnich ofiarach. Mógłbym tutaj zacząć sypać tytułami na lewo i prawo, ale nie ma sensu zamęczać czytelnika, tym bardziej, że większość dzisiejszych zwolenników grozy się na nich wychowała. Po kasowym sukcesie wspomnianego przeze mnie filmu Carpentera, Curtis dostała sporo aktorskich propozycji. Wpierw pojawiła się w bardzo dobrej „Mgle”, a kolejno w całkiem udanym debiucie grozy Paula Lyncha pt. „Bal maturalny”.
Grupka radosnych dzieciaków, pod nieobecność rodziców, postanowiła spędzić letnie popołudnie pomiędzy murami opuszczonej szkoły, grając w „nadchodzącego mordercę” (przypominającego znaną wszystkim polską zabawę w chowanego). Jak wiadomo, czas mija prędko i bezkarnie, a do tragedii jeden krok. Zaszczuta przez rówieśników Robin wypada z okna, a huk tłuczonego szkła i widok krwi zwiastuje jej śmierć. Małolaty przysięgają sobie, że tajemnicę zgonu swojej koleżanki zabiorą ze sobą do grobu. Kilka lat później, gdy przyjaciele są już licealistami, otrzymują dziwaczne telefony, w których cichy głos wyszeptuje im nadchodzącą śmierć. Zbliża się bal maturalny. Zabawy, której żaden uczestnik nie zapomni…
„Bal maturalny” jest bardzo miłym w odbiorze slasherem, z ciekawym tłem tytułowego przyjęcia, do którego przygotowują się nasi bohaterowie. Studniówka (polski odpowiednik imprezy rozgrywającej się jak sam tytuł mówi 100 dni przed maturą) to noc, którą każdy chce zapamiętać do końca życia, tak więc duża część filmu skupia się na jej przygotowaniach. Dziewczęta kupują suknie, robią sobie modne fryzury, sala zaczyna być w odpowiedni sposób przystrajana, niektórzy biorą udział w kursach tańca. Sam dobrze pamiętam mój bal, i zamieszanie jakie się wokół niego toczyło. Niektórzy widzowie mogą zatem uznać, że rozwinięcie akcji nic nie wnosi, a całe te perypetie i ekscytacje nastolatków to zwykłe dłużyzny, które okazyjnie przerywa mętny głos mordercy w słuchawce telefonu. Myślę, że jednak właśnie te wydarzenia odgrywają ważną rolę w klimacie, jaki osadza się na ekranie. Spotęgować go może także kiepska w porównaniu do dzisiejszej technologii obrazu i dźwięku kaseta wideo (dystrybucja Top Video) odtwarzana na starym telewizorze. Oczywiście niektórzy w tym momencie najchętniej popukali by mi do głowy, lecz osoby, które wychowały się na tym kultowym nośniku, z pewnością doceniają jego staroświeckie walory. Częstokroć natrętnie powiększony kadr, kiepsko przetłumaczone dialogi, lektor, który momentami przygłusza właściwy dźwięk filmu, zjawiskowe przełożenie tytuły, czy malowana farbkami okładka jak to w swoim czasie praktykowało Video Rondo, to charakterystyczne cechy polskich taśm. Dość jednak tych pompatycznych uwag. Jak już nadmieniłem „Prom night” jest bardzo klimatycznym dreszczowcem, w którym jakże istotną rolę odgrywają sceny na tytułowym balu. Maturzyści wirują w rytm piosenek disco Paula Zazy i Carla Zittrera będących wizytówką szalonych lat 80., ukrywając się przed belframi piją alkohol, a gdzieś czai się ktoś, kto nie zapomniał tragedii sprzed lat… Niestety, uważni widzowie szybko zgłębią kto może być odpowiedzialny za śmierć licealistów, pomimo, że w środkowej części robi się wokół tego niezłe zamieszanie, mogące skutecznie zbić z tropu zidentyfikowanie mordercy.
Obsada aktorska jest dobrze dobrana. Okrzyknięta „Królową Krzyku” Jamie Lee Curtis (filmowa Kim), znany przede wszystkim z komediowych ról Leslie Nielsen jako szkolny dyrektor, czy Jeff Wincott kojarzony głównie z kinem akcji to najbardziej rozpoznawalne nazwiska. Jak przyzwyczaiło nas już kino grozy klasy B, kadra aktorska nie pełni istotnego znaczenia i także w tym przypadku nie uświadczymy kreacji na miarę Oskara. Scenariusz zresztą nie stara się usilnie kształtować osobowości bohaterów, przy czym głównie skupia się na wytworzeniu należytej, licealnej atmosfery beztroski, zabawy i romansów. Nieznośną przez niektórych lekkość akcentują dodatkowo mało krwawe sceny morderstw, które w ostatnich scenach przekreśla dobrze wykonana, brutalna dekapitalizacja. Sam finał wywołał na mnie zresztą dobre wrażenie. Dramatyzm, huk strzałów, łzy i dźwięk policyjnych syren usatysfakcjonują niejednego kinomana.
„Balu maturalnego” nie sposób nazwać filmem, który mógł być wyznacznikiem innych tytułów z płaszczyzny slashera. Jest on jednak świetnym sposobem na oderwanie się od szarej rzeczywistości, czy przypomnienia sobie swojego studniówkowego przyjęcia. Wizja Lyncha doczekała się hollywoodzkiego remake’u, który niestety nie ma szans mierzyć się z oryginałem, i tonie w beznadziejnych ograniczeniach wiekowych oraz kompletnym braku atmosfery grozy. Jeśli więc chcecie przekonać się co czeka nieznośną, amerykańską młodzież, sięgnijcie wyłącznie po klimatyczny pierwowzór, a nie jego lśniącą nowością przeróbkę dla ograniczonych trzynastolatków.