Filmy
(Mountain of the Cannibal God, The)
(Góra boga kanibali)
Scenariusz: Sergio Martino, Cesare Frugoni
Produkcja: Włochy
Rok produkcji: 1978
Muzyka: Maurizio De Angelis, Guido De Angelis
Franco Fantasia
Claudio Cassinelli
Antonio Marsina
„When the price of lust is death..!”
Lata 70. i 80. to prawdziwy rozkwit włoskiej kinematografii grozy. W okresie tym kanibalistyczny nurt cieszył się niemałą popularnością, w wyniku czego można dziś oglądać takie tytuły jak: „Last cannibal world” (1977), „Cannibal Holocaust” (1980) i jego odpowiedź „Cannibal Ferox” (1981) czy nakręcone dzięki ich sukcesowi nieoficjalne sequele „Cannibal Holocaust II” (1988) wraz z „Massacre in Dinosaur Valley” (1985). W dużym stopniu i niesławnego „Antropophagusa” (1980) można zaliczyć jako swego rodzaju odłam owego gatunku, który powinien się znaleźć na liście obowiązkowych do obejrzenia pozycji każdego fana grozy. Jednak do rzeczy…
Recenzowany przeze mnie tytuł opowiada historię młodej kobiety – Susan, która pragnie odszukać swego męża zaginionego podczas naukowej ekspedycji na wyspach Nowej Gwinei. Wraz ze swym bratem Arthurem organizują wyprawę pod przewodnictwem profesora Edwarda Fostera i jego ludzi, mającą na celu go odnaleźć. Nikt jednak nie przypuszcza, że wielu z nich przepłaci te podróż życiem, bowiem okazuje się, iż ląd zamieszkiwany jest przez kanibalistyczne plemię.
„Góra boga kanibali” powstał w roku 1978, czyli na dwa lata przed premierą „Cannibal Holocaust”. Wspominam o tym głównie dlatego, że kilkakrotnie spotkałem się z opiniami iż był on inspirowany produkcją Deodato, co jest kompletną bzdurą i totalnym brakiem wyobraźni. Zakazany w kilku krajach m.in. Australii, Anglii czy zachodniej części Niemiec (tym samym znalazłszy zasłużone miejsce na liście video nasties) obraz jest wg mnie najlepszą odsłoną kanibalistycznego nurtu spod znaku Włoch. Znakomite, przepełnione zielenią ujęcia przyrody, zachwycająco skomponowany i odegrany motyw przewodni braci De Angeles oraz świetne aktorstwo to tylko część czysto technicznych zalet tej produkcji, którą nie wypada nie znać. Reżyser sprytnie operuje wszystkimi elementami obrazu, kreując go w bardzo logiczną całość, wypraną z wszelakich dłużyzn czy nielogicznych scen. Przygodowy ton natomiast nie dominuje filmu co jest oznaką wielkich umiejętności i wyczucia twórców. Brutalne reguły dżungli które na własnych skórach doświadczają nasi bohaterowie objawiają się na każdym kroku, a my, widząc to traktujemy całość jak najbardziej poważnie. Odgryzienie ramienia czarnoskórego mężczyzny przez aligatora czy rytualne posiłki autentycznych zwierząt po uprzednim zabiciu ich, są prawdziwą próbą wytrzymałości dla żołądka widza. Dodatkowym oparciem realności filmu są przyrodnicze wstawki ukazujące okrutne, lecz zgodne z kodeksem dżungli akty śmierci zwierząt w tym np. drobnej małpki w szczękach olbrzymiego węża. Cóż, nic więc dziwnego że obrońcy praw zwierzaków pragnęli ukamienować reżysera za tak emanującą nieludzkimi scenami produkcję.
Film skupia się także na samych kanibalach, a gdy członkowie ekspedycji znajdą się w ich szponach można przyjrzeć się ich kulturze i plemiennym zwyczajom. Scena w której ukazana została kastracja jednego z ludożerców na długo zapadnie w pamięci widzów, pokazując tym samym żelazne zasady panujące w szczepie. Krwawe sceny, pomimo iż w przeciwieństwie do zwierząt są fikcją, to robią wrażenie i z pewnością zadowolą każdego lubiącego patrzeć na okaleczane czy przebijane na wylot ciała, wypełzające mózgi i wnętrzności. Jak wiadomo kanibalistyczny nurt trzyma się kilku sztywno nakreślonych reguł przez co fabuły tych filmów są niemalże identyczne, lecz w tym przypadku „La Montagna del dio cannibale” trochę odbiega od tych norm. Początkowo niemalże schematyczny rozwój akcji z końcem obrazu ujawnia prawdziwą genezę wyprawy podróżników, nie jednego wprowadzając w zdziwienie, prowadząc do diametralnej zmiany uczuć o postaciach.
„Góra boga kanibali” ukazała się w wielu krajach, w różnej wersji i tym samym z różnymi ogranicznikami wiekowymi. Najbardziej jednak pocięto film w USA, gdzie skrócono go aż do 86 min. aby mógł ujrzeć światło dzienne!!! Mnie na całe szczęście udało się obejrzeć obraz takim, jakim reżyser sobie go wykreował, czyli w wersji niepociętej, 103 minutowej. Podły aż do szpiku kości Arthur, żyjący w zgodzie z plemiennymi przekonaniami Edward, czy zakochany w uroczej, pierwszej w dziejach dziewczynie agenta 007 (Susan) Manolo są dobrymi towarzyszami do ekranowej wyprawy w głąb dżungli, i zachęcam do wzięcia udziału w ich ratowniczej ekspedycji. Kanibalistyczny absolut.