Filmy
(Miasto potwora)
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1989
Carrie Anita
Michael Lunsford
Joe Balogh
David Homb
Golem jest istotą stworzoną na podobiznę człowieka z gliny tudzież innych materiałów. Aby tchnąć w nią życie wystarczy garść zaklęć, obrządkowych modłów i boom! …u naszych stóp stoi kreatura bez duszy, posłuszna jej twórcy. W oceanie filmowej grozy tematyka ta została już kilkakrotnie poruszana, a przynajmniej bazowała na postaci golema. Wymienić tutaj można choćby nawet takie tytuły jak poniekąd „Deadly Friend” Cravena, cykl Re Animatora / Penetratora, kultowego „Frankensteina” i jego sequele, „Rocky Horror Picture Show” oraz właśnie „Monstrosity”- z każdą upływającą chwilą coraz bardziej zapomnianej produkcji…
Hollywood. Jeden z miejscowych gangów dopuszcza się bestialskich morderstw na niczemu winnych mieszkańcach miasta. Kiedy dochodzi do brutalnego gwałtu i zabójstwa pewnej kobiety, jej chłopak wraz z dwójką przyjaciół postanawiają sami wyznaczyć sprawiedliwość oprawcom. Tworzą oni monstrum mające pomścić śmieć dziewczyny…
Niskobudżetowe, pozornie głupkowate produkcje klasy B, C…Z fascynowały mnie od dawna. Zawsze sądziłem, że amatorskie kino z niskim nakładem finansowym posiada wielki potencjał, a żeby zrozumieć jego piękno to podobnie jak mówi motyw przecięcia źrenicy oka w „An Andalusian Dog” - należy otworzyć swe serce. Nie inaczej jest w „Monstrosity” - niewiarygodnie dobrze zrealizowanym, choć nie pozbawionym błędów logicznych filmie. Pomimo, iż obraz tak bardzo ohydny jak „The Last House on Dead End Street” nie jest, to początkowe sceny są niezwykle brutalne i odrzucające. Przenikające ciemnością obślizgłe ulice, akt poderżnięcia gardła nieudolnemu staruszkowi, gwałt, pobicie czy szpitalne morderstwo w postaci rozprucia korpusu młodej kobiety to bardzo wiele jak na początkowe 15min. Po tak drastycznym wstępie emanującym niezwykle dobrze wykonanymi efektami gore klimat zmienia się diametralnie, wzbogacając pojawiające się w filmie elementy gatunku o motywy komediowe. Transplantacja mordercy nie pozbawiona jest zabawnych wydźwięków, a kiedy twór ożywa i nawiązuje romans z zaćpaną dziwką Jamie Lee Curtis, film zyskuje nowe oblicze. Nie myślcie kochani, że ubliżam Królowej Wrzasku, o nie, tak po prostu nazywa się jedna z bohaterek, której babcia była fanką autentycznej już Jamie. Jak widać niemożliwością jest nie lubić tej aktorki, tym bardziej po jej debiutanckim występie w moim ulubionym dreszczowcu - „Halloweenie”.
Wracając już jednak na mą ścieżkę właściwej recenzji warto zwrócić uwagę na kilka odnośników do innych produkcji, gdzie „Frankenstein” to jedynie pocałunek na pożegnanie wobec takich tytułów jak „Commando” czy nawet „Rambo”! Ożywionemu tworowi o wdzięcznym imieniu, Frankie trójosobowa grupa stwórców ukazuje plakaty z wizerunkami Johna Rambo (Sly) i Pułkownika Matrixa (Arny) rytualnie wykrzykując „kill!, kill!, kill!”. Widać, że reżyser i spółka wiedzą co dobre bowiem pokazali dwie najbardziej rozpoznawane kreacje w historii kina akcji ever. Muzyczna aranżacja składa się zasadniczo z jednego motywu przewodniego który jest dość przeciętny, lecz brzmieniowe braki nadrabiały elektryczne solówki gitarowe, melodia z bajki Warner Brosa czy klasyczny „Flight of the bumble bee” wraz z kościelnym „Alleluja”. Sami musicie przyznać że kompozycja jest impulsywna, bo zestawienie tak różniących się pod względem składni dźwięków nie jest czymś rutynowym w horrorach. Wspomniane wcześniej elementy gore nie tracą na wymowie nawet po całkowitej zmianie napięcia filmu i wprowadzeniu humorystycznych scen. Wykonane są one nieprzeciętnie pomimo niewielkiego budżetu, a sposoby zadawania śmierci nie są monotonne. Gwóźdź bądź tasak wbity w głowę, odcięcie ręki, poderżnięcie gardła czy rozszarpywanie go powinno zadowolić wszystkich zwolenników brutalnej sztuki gdyż krew leje się równie obficie.
Aktorzy wypadli dość statystycznie. Kiedy reżyser pragnie aby bardziej dramatycznie podeszli do którejś ze scen to zawodzą oni na całej linii, lecz w mniej wymagających momentach wszystko okazuje się pozytywnym rozczarowaniem. I może damska kadra do zbyt pięknych nie należała, to na plus zanotować można jej sporą naturalność oraz obnażony biust, który dla niektórych nawet lepszy od seksu jest! Równie zaskakujący okazał się sam finał, oraz ostatnie sceny mające refleksyjny charakter, których słowa z pewnością do wielu oglądających trafią. Reżyser Andy Milligan mający już pokaźny dorobek niskobudżetowych horrorów stworzył nieprzeciętne widowisko, i wraz z napisami końcowymi zwiastował on nadejście kolejnej części: „Monstrosity II”. Niestety… biedaczek zginał na 2 lata po nakręceniu produkcji a sequel nigdy nie ujrzał już światła dziennego… wielka szkoda…
Dystrybutor Delta Video wypuścił na nasz rynek „Monstrosity” tłumacząc tytuł jako „Miasto potwora” i taśmę można potraktować jako zaginiony skarb, bowiem nie dość że wnętrze kryje interesujący film, to jest go bardzo trudno znaleźć. Smaczku dodaje także fakt że mamy do czynienia z wersją niepociętą, co jest przecież rzadkością.