Filmy
(Hannibal: Po drugiej stronie maski)
Scenariusz: Thomas Harris
Produkcja: Czechy/Francja/Włochy USA/Wielka Brytania
Rok produkcji: 2007
Muzyka: Shigeru Umebayashi
Li Gong
Rhys Ifans
Kevin McKidd
Wszyscy najbardziej elektryzujący seryjni mordercy doczekują się w końcu filmu, czy też książki z wiele mówiącym słowem początek, dzieciństwo, czy po prostu z dopiskiem prequel. Najsłynniejszemu i najbardziej fascynującemu kanibalowi kultury popularnej również się to przydarzyło. Najpierw powstała powieść, a w 2007 na ekrany kin wszedł wyczekiwany z niepokojem przez fanów doktora Lectera film.
Hannibal Lecter ma piękną mamę i szlachetnie urodzonego ojca. No i największy skarb – ukochaną siostrzyczkę Miszę. Trwa wojna i rodzice giną na oczach dzieci, rozstrzelani przez nazistowskie samoloty. Hannibal, choć sam przerażony i zagubiony, opiekuje się siostrzyczką, dopóki do ich kryjówki nie przybywają głodni i agresywni szabrownicy. To oni sprawili, że Lecter przywdział swoją maskę.
Jako wielka fanka wspaniałego doktora Lectera, w którego wiary nie zachwiał nawet dość niskich lotów Hannibal, sięgnęłam po książkę Thomasa Harrisa tuż po jej światowej premierze, choć, nie ukrywam, ręce drżały z obawy. Autor wyraźnie męczył się i pocił przy jej pisaniu, czując na karku oddech przyszłych krytyków. Starał się jak mógł, wplatał dramaty, ale i elementy estetycznego piękna. Szło mu opornie, efekt był przygnębiający. Na obejrzenie późniejszej ekranizacji nie miałam już siły, że już o chęciach nie wspomnę. Sięgnęłam po twór Petera Webbera dopiero dwa lata po premierze. I się zdziwiłam! Na film, scenariusz i Gasparda Ulliela, czyli młodego Lectera wylano kubły pomyj, spodziewać się więc można było najgorszego. Zapewne nie wszyscy znający książkę przytakną temu zdaniu, ale... film przerósł książkę. Zdjęcia są piękne (a to zasługa Bena Davisa, który ma już na swoim koncie chociażby Stardust), muzyka nieinwazyjna (a jej kompozytorem jest Shigeru Umebayashi), treść książki odtworzona jest wiernie. Co więc decyduje o przewadze ekranizacji nad pierwowzorem? Hannibal Lecter. W książce nie można zobaczyć zmian zachodzących w jego wyglądzie, mimice, oczach. Nie można odczytać gracji, z jaką odbiera życie. O Gaspardzie Ullielu więcej jest opinii bardzo złych, niż chociaż w miarę przychylnych, co stanowi dla mnie zagadkę. Fakt, w jego twarzy nie ma ani cienia podobieństwa do Anthony'ego Hopkinsa, ale czy to jest wystarczający powód, by przekreślać wspaniałą kreację, jaką udało mu się stworzyć? Młody Lecter jest dostojny, wrażliwy, dziki, a ironiczny grymas znika z niej tylko w chwilach, kiedy myśli o Miszy lub gdy w jego polu widzenia pojawia się coś pięknego: katana, ikebana, egzotyczne kwiaty, pani Murasaki. Ulliel zrobił, co tylko było w jego mocy, by nie być kalką Hopkinsa, żeby pokazać, jak Lecter zmieniał się z radosnego dziecka w erudytę z marmuru. Moim zdaniem wyszło mu świetnie.
„Hannibal. Po drugiej stronie maski” nie jest arcydziełem filmowym. Gdyby nie przynależność do serii o doktorze Lecterze przeszedłby pewnie bez żadnego echa. Bez wątpienia należy mu się pochwała za prześcignięcie książki, bo zwykle jednak obserwujemy tendencję odwrotną. Ocenę jednak trudno jest wystawić.