Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Filmy

« powrót
Ōdishon
(Audition)
(Gra wstępna)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Takashi Miike
Scenariusz: Daisuke Tengan
Produkcja: Japonia
Rok produkcji: 1999
Muzyka: Kōjii Endō
Obsada: Eihi Shiina
Ryō Ishibashi
Tetsu Sawaki
Renji Ishibashi

Rok 1999 przyniósł przełom... o pozornie wymarłym gatunku filmowym; horrorze; znowu zrobiło się głośno na całym świecie, a wszystko za sprawą Takashiego Miike i „Gry wstępnej” – trzydziestego już obrazu w jego imponującym dorobku reżyserskim. Film zachwycił zarówno fanów gatunku jak i zwyczajnych widzów, doskonale sprzedał się na całym świecie zarabiając do dnia dzisiejszego niebagatelne 131 mln $ i co wpędziło mnie w niemałe osłupienie – zaskarbił sobie sympatię filmoznawców oraz krytyków filmowych (którzy z zasady są do filmów grozy nastawieni negatywnie). Na ekrany polskich kin film oczywiście (a jakże by inaczej?) wszedł z ogromnym opóźnieniem – grubo ponad pięć lat po światowej premierze. Oczywiście każdy fan twórczości Miikego nie mając innego wyjścia zmuszony był ściągać DVD z filmem zza granicy, załóżmy jednak na chwilę, że ktoś był na tyle wytrwały i udało mu się wytrzymać do tej naszej nieszczęsnej premiery. Czy warto było tyle czekać?

Jeżeli targają wami jeszcze jakiekolwiek wątpliwości to polecam ponownie zapoznać się z pierwszym akapitem, nie będzie bowiem przekłamania w stwierdzeniu, iż „Gra wstępna” jest kamieniem milowym w twórczości Japończyka. To właśnie dzięki tej przerażającej, zmuszającej do pewnych refleksji mieszance dramatu i horroru Miike na stałe zapisał się w kanonie gatunku. Od tamtego czasu nakręcił jeszcze kilka, niemniej głośnych i kontrowersyjnych dzieł (niestety nikt nie pomyślał o tym, żeby wydać je u nas w kraju). Jego twórczość cechuje zabawa konwencjami filmowymi, on nie obawia się mieszać klisz gatunkowych, a wręcz przeciwnie – niejednokrotnie podlewa to wszystko czarnym humorem i groteską („Gozu”, „Visitor Q”, „Ichi the Killer”), żeby ostatecznie udowodnić, że jest mistrzem w tym co robi. „Gra wstępna” jest oczywiście filmem w stu procentach poważnym, co więcej, wyjątkowo melancholijnym. Zaczyna się niczym rasowy dramat...

... oto mały chłopiec, Shigehiko, idzie odwiedzić w szpitalu chorą matkę. Dziecko niosąc w rękach własnoręcznie zmajstrowaną makietę z poważną miną przemierza ponury szpitalny korytarz.  Już w tym momencie dostrzec można wyraźną dominację chłodnych barw, a kolorystyka taka dominować będzie przez większą część filmu skutecznie przygnębiając widza. Widać również kontrast owej scenerii z trzymanym przez dziecko kolorowym przedmiotem. Już na tym etapie filmu można więc dostrzec nutkę artyzmu i niesamowitą szczegółowość w kreowaniu poszczególnych scen. Chłopiec wchodzi do jednej z sal którą przez żaluzje oświetlają promienie wschodzącego słońca. Jak się okazuje matka przed chwilą umarła, a pod łóżkiem siedzi zrozpaczony, ale zarazem pogodzony ze śmiercią swojej żony mężczyzna. Ta wyraźnie przybita postać to Shigeharu Aoyama, filmowiec który stanie się głównym bohaterem tej przerażającej opowieści...

Nasz wdowiec po kilkunastu latach od śmierci żony postanawia się ponownie ożenić. Jest to dla niego nie małym wyzwaniem, gdyż jak się okazuje wcale nie jest łatwo znaleźć miłą, skromną, mądrą, utalentowaną  i do tego ładną dziewczynę. Czyżby zbyt wysokie wymagania?

Nic bardziej mylnego, o czym próbuje go przekonać kolega z pracy podsuwając mu jednocześnie pewien pomysł – w końcu pracują w telewizji w związku z czym mogliby zorganizować casting do fikcyjnego filmu, który to tak na dobrą sprawę będzie przesłuchaniem na nową żonę dla Aoyamy. Wdowiec zgadza się, pomimo iż zwyczajna ludzka przyzwoitość mówi mu, że to niemoralne. Jeszcze przed castingiem z dziesiątek cv wyławia jedno... okazuje się, że w oko wpadła mu Asami, która jak się okazuje nie tylko jest ładna, ale ma także szereg innych odpowiadających mu cech charakteru i jest, podobnie jak on, doświadczona przez życie. W tym momencie przesłuchanie jest już tylko formalnością, mężczyzna zdążył już bowiem dokonać wyboru na długo przed jego rozpoczęciem. Zdaje się więc nie zwracać zbytniej uwagi na kolejne kandydatki czekając na tę jedną jedyną i w końcu ją poznaje. Nie wie, że spotkanie to zdeterminuje jego przyszłe poczynania. Szczerze się w niej zakochuje, jednakże jest coś, czego o niej nie wie...

UWAGA! W TYM AKAPICIE POJAWIAJĄ SIĘ SPOJLERY! (NIEZAZNAJOMIONYM Z FILMEM POLECAM GO WIĘC POMINĄĆ)

...i to właśnie tutaj, w połowie filmu dramat powoli zaczyna ustępować miejsca pełnokrwistemu horrorowi. Miike powoli i nieśpiesznie odkrywa kolejne karty uświadamiając widzowi w jak wielkim niebezpieczeństwie znalazł się główny bohater i o ile na początku tak na dobrą sprawę wcale wam go nie będzie żal, o tyle potem owszem, gdyż widz przekonuje się, że z czasem jego intencje wobec Asami stały się naprawdę szczere. Ta jednak okazuje się być postacią tyle wyrachowaną, co tragiczną. Torturując w finale filmu Shigeharu zdaje się brać odwet na całej męskiej płci za to rzeczowe traktowanie kobiet jakiemu koniec końców i ona została na początku poddana przez Aoyamę. W tym momencie filmu widz nie myśli jednak o tym wszystkim w ten sposób, a wręcz przeciwnie – wmawia sobie, że przecież mogło im być tak dobrze i  podświadomie żąda od reżysera, aby ten spektakl brutalnej przemocy okazał się jedynie wyrazem lęku mężczyzn przed kobietami tudzież urażonymi kochankami, piekielnie realistycznym koszmarem z którego ciężko jest się przebudzić...

KONIEC SPOJLERA

Nadmienić wypadałoby bowiem, że Miike nieustannie balansuje na granicy snu i jawy przez co widz z czasem traci poczucie rozeznania i sam zaczyna się zastanawiać które ze scen są ciągiem wydarzeń, a które jedynie projekcją myśli Shigeharu (napomknąć należy, że dzięki temu niezwykle ciekawemu zabiegowi to właśnie widz decyduje w którym momencie film się kończy). Jego lęki znajdują oczywiście uzasadnienie w tym co zrobił. Nie dość, że zgodził się na casting, to jeszcze na dodatek nie cofnął się nawet przed oceną cielesności obcych kobiet ochoczo korzystając z tego, że niektóre z kandydatek do roli w fikcyjnym filmie chętnie prezentowały mu swoje wdzięki. Nie wyrażając zdecydowanego sprzeciwu przeciwko temu wszystkiemu dał jakby ciche przyzwolenie na wspomniane już, rzeczowe traktowane kobiet. Jest także Yamazaki, której podmiotowość Miike wyraźnie podkreśla. Wszystko to budzi uzasadnione skojarzenia z mizoginistycznymi odmianami horroru, więc w szczególności nurtem pinku eiga. W pewnym momencie pojawia się jednak wydźwięk feministyczny, co szczególnie uwidocznione jest w autentycznie obrzydliwym finale i to właśnie tutaj, odwołując się do słów mojego redakcyjnego kolegi Duffyda wspomnieć należałoby o odwołaniach do poszczególnych filmów. Scena akupunktury (tutaj paradoksalnie wyjątkowo bolesnej), po dokładniejszym jej przyjrzeniu się, okazuje się być odwołaniem do klasycznego kina eksploatacji. Wprowadzanie igieł w oczodoły przywodzi na myśl jeden z najgłośniejszych filmów gore w historii „Guinea Pig: Devil’s Experiment” i sławetną scenę przekuwania kobiecie oka. Z kolei cała akupunktura nierozłącznie kojarzy się z jednym ze sztandarowych tytułów nurtu pinku eiga „Female Market”. Tam główna bohaterka została bowiem poddana podobnej torturze i podobnie jak tutaj jej celem bynajmniej nie była relaksacja pacjenta. Nawiązania narzucają się więc samoistnie, tyle tylko, że Miike po raz kolejny odwraca kota ogonem i ostatecznie wychodzi na to, iż nawiązując do wszechobecnego w japońskim kinie ekstremalnym seksizmu jednocześnie zdaje się zjawisko to wyraźnie krytykować odwracając „co nieco” perspektywę w finale.  

Ciężko jest również cokolwiek zarzucić „Grze wstępnej” od strony czysto-technicznej, bo tak na dobrą sprawę wszystko jest tutaj dopracowane w najmniejszych szczegółach. Wspomniane chłodne barwy mocno kontrastują z pojawiającą się tu i ówdzie żywą kolorystyką, ujęcia kamer są odpowiednie, często statyczne, a i muzyka wprawia widza w odpowiedni nastrój. Dobrze sprawdzają się zarówno te melancholijne, wręcz przygnębiające kawałki jak i dziwaczne, wręcz drażniące ucho dźwięki podczas wprawiających w osłupienie scen tortur. Nie małym zaskoczeniem okazała się również rewelacyjna kreacja aktorska Eihi Shiina. Patrząc na to, jak doskonale radzi sobie ona na ekranie można odnieść wrażenie, że twórcy filmu nie mogli trafić lepiej i trafnie obsadzili ją w roli Asami. Udało jej się bowiem stworzyć postać niezwykle tajemniczą, szalenie wyrachowaną, ale jednocześnie niesamowicie delikatną, skrzywdzoną przez życie. Na jej tle pozostali aktorzy raczej nie budzą zachwytu, aczkolwiek i im ciężko jest zarzucić widoczne potknięcia na ekranie. Dodajcie jeszcze do tego absolutny realizm krwawych scen i chłodny styl ich dokumentowania. Tutaj nie ma miejsca na groteskę, jest raczej makabra, makabra ukazana w taki sposób, że widz wyje z bólu razem z torturowaną ofiarą...

Podsumowanie, trochę dłuższe niż zazwyczaj, jest moją ostateczną próbą przekona każdego, kto jeszcze owego filmu nie widział żeby w końcu po niego sięgnął. Horrorów azjatyckich widziałem wiele, od stawiających na przerażenie widza ghost story, poprzez szokujące scenami seksualnej przemocy i autentycznie paskudnym efektami gore wytwory kina ekstremalnego, na hybrydach gatunkowych kończąc i niewiele z nich aż tak mnie zaskoczyło.  „Gra wstępna” zalicza się oczywiście do tej ostatniej grupy wyraźnie jednak nawiązując do tradycji krwawego kina eksploatacji. Czy jednak straszy?

Owszem, i to nawet bardzo. Podczas seansu czuje się bowiem wyraźny dyskomfort podejrzewając, że piękna i delikatna Asami może ukrywać jakąś tajemnicę. Widz natomiast z czasem zaczyna poważnie zastanawiać się nad tym, czy na pewno chce wiedzieć o niej wszystko. Miike to przewidział i z powodzeniem wykorzystał ten ogromny ładunek napięcia tkwiący w tej historii. Uznał, że złotą zasadę Alfreda Hitchcocka (tj. „najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie zaczyna wzrastać”) można by przekręcić o sto osiemdziesiąt stopni i zaserwować widzowi mniej więcej w takiej formie: „najpierw spokojnie i nieśpiesznie prowadzić akcję stopniowo potęgując napięcie po to, aby w finale dosłownie trzasnąć widza w twarz”... i co by nie powiedzieć, widz po seansie rzeczywiście czuje się, jakby właśnie zarobił w twarz.

data: 13:12; 10 listopada 2009     autor: Dux