Filmy
Scenariusz: William Butler
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2005
Muzyka: Roger Ballenger
Robin Sydney
Ryan Locke
Larry Cedar
Alexia Aleman
Newell Alexander
Pomysłowość filmowców wydaje się nie mieć granic. Krwiożercze bałwany, prezerwatywy, hamburgery, czego to jeszcze nie było? Ano nie było mordującego ciasteczka. Drodzy państwo, przed wami „Gingerdead Man”.
Seryjny psychopatyczny morderca Millard Findlemeyer (Gary Busey) trafia wreszcie na krzesło elektryczne. Staje się to za sprawą zeznań Sary Leigh (Robin Sydney), której Findlemeyer wymordował rodzinę. Morderca wprawdzie ginie, ale wraz z doręczeniem do cukierni Sary dziwnej przesyłki koszmar dopiero się zaczyna...
Charles Band, ojciec Full Moona wytwórni produkującej od wielu lat bardzo nietuzinkowe choć mało ambitne obrazy zajął się tym razem filmem o krwiożerczym pierniku. Sporo już mieliśmy historii o seryjnych mordercach przemienionych w monstra za pomocą przeróżnych substancji, mieszanek itd. Za przykład posłużyć może chociażby fantastyczny „Jack Frost” z bałwanem mutantem, czy też przezabawny „Monsturd” spod skrzydeł Tromy. Fakt, że Band zawsze miał nosa do ciekawych stworów, ale mordercze ciacho to już szczyt szczytów :)
Nastawiony na rozrywkę pierwszej klasy do jakiej przyzwyczaił mnie Full Moon nie zawiodłem się bardzo, ale jednak spodziewałem się czegoś lepszego. Gra aktorska niestety kuleje po całej linii. Najlepszym jej przykładem jest Hunter Tylo, która kompletnie nie radzi sobie z rolą głównej bohaterki. Jej koledzy z obsady są tak samo albo jeszcze bardziej drętwi, sztuczni. Jedynym jasnym punktem obsady jest weteran kina Gary Busey („Predator 2”), który wcielił się w role Findlemeyera zarówno przed jak i po przemianie. Wygląd piernika mordercy jest naprawdę niesamowity, jego zachowanie również.
„Gingerdead Man” to niewątpliwie nie jest film klimatyczny, muzyka również nie przypadła mi do gustu jest jak dla mnie zbyt monotonna.
Zawodzi jednak przede wszystkim brak gore. Ofiar jest mało i choć giną w pomysłowy sposób to kompletnie nieokraszony choćby minimalną ilością posoki. Na domiar złego zakończenie również rozczarowało mnie po całej linii.
Reasumując „Gingerdead” nie nazwałbym filmem szczególnie udanym. Co najwyżej mocno przeciętnym a w/w mankamenty nie pozwalają mi na przyznanie wyższej oceny.