Filmy
Scenariusz: Ida Nelson
Produkcja: Kanada
Rok produkcji: 1980
Muzyka: Jerry Fielding
Lesleh Donaldson
Barry Morse
Dean Garbett
Okres wakacji to dla szesnastoletniej Heather pracowity czas. Dziewczyna postanawia bowiem udać się na wieś, do swej babci, by pomóc jej odrestaurować dawny dom pogrzebowy i przekształcić go w przytulny hotelik dla podróżnych. Odświeża przy tym stare znajomości i nie zdaje sobie sprawy, że wokół niej dzieje się więcej, niż może się tego spodziewać. Wkrótce wychodzą na jaw niewyjaśnione zniknięcia mieszkańców, kolejni przyjezdni giną bez śladu, a dobrotliwa babcia najwyraźniej ma w swej szafie trupa. A mówiąc dokładnie nie w szafie tylko w piwnicy, a jegomość wcale nie jest martwy. Przynajmniej nie aż tak bardzo, skoro nocami słychać jego głos dobiegający z zatęchłych podziemi domu. Policja coraz bardziej interesuje się starą posiadłością, a Heather postanawia wyjaśnić zagadkę na własną rękę.
Slashery można dzielić wedle różnorakiego kryterium, mniej lub bardziej trafnego - jedno rzuca na podgatunek nowe światło i sprawia, że niektóre rzeczy stają się dla widza bardziej klarowne, inne wprowadza tylko niepotrzebny mętlik. Jednym z podstawowych podziałów, według którego możemy rozgraniczyć stalkery jest podział wedle samej konstrukcji fabularnej. Pierwsza z nich opiera się na pierwotnym założeniu zastosowanym w kryminalnych dreszczowcach takich jak "Peeping Tom" Powella z 1960, kultowej już "Psychozie" Hitchcocka z tego samego roku, czy trzymającym w napięciu thrillerze "Violent Midnight" Hillarda. Później ugruntowanym i rozpowszechnionym we włoskim kinie giallo, oraz amerykańskich produkcjach lat 70, jak choćby "Black Christmas" Clarka, czy "Alice, Sweet Alice" Sole'a zakłada wprowadzenie linii fabularnej charakterystycznej jeszcze dla thrillera, rozciągniętej w czasie na kilka dni lub nawet tygodni z dołączeniem policyjnego śledztwa do działań bohaterów, spreparowanej jedynie wyrabiającymi się elementami slashera. Druga modła fabularna została wykreowana przez pierwszy powszechnie uznany slasher sensu stricte - "Halloween" Johna Carpentera. Wprawdzie cztery lata wcześniej Hooper w swej "Teksańskiej Masakrze Piłą Mechaniczną" odwołał się do tego samego pomysłu, ale dopiero po sukcesie "Halloween" druga z charakterystycznych linii fabularnych zadomowiła się w amerykańskim kinie grozy lat 80 na dobre. Umocniona jeszcze przez takie pozycje jak "Friday the 13th", "My Bloody Valnetine". "Hell Night", czy "Visiting Hours" dyktowała twórcom zawężenie czasu akcji zazwyczaj do jednej nocy (ewentualnie dnia ją poprzedzającego), upchnięcie grupy ofiar w jedno miejsce i wpuszczenie w ich szeregi buszującego mordercy. Domena ta zadomowiła się na dobre w w stalkerach zmierzchu pierwszej połowy lat 80 i została tam już na długo. Omawiany tutaj "Funeral Home", reprezentant dopiero rodzącego się nurtu slashera z 1980 roku naznaczony jest piętnem tej pierwszej grupy i brnie wydeptaną przez nią ścieżką, niemniej z małymi odstępstwami. Fabuła rozwleczona na kilka dni nurtuje widza pewną tajemnicą - zarówno co do tożsamości mordercy jak i dziwnych wydarzeń dziejących się w domu, ale obrazuje ją zapominając zupełnie o niuansach kryminalnych. Tutaj zagadka i atmosfera tajemniczości sprowadza się do założeń bliskich typowej ekranowej grozie - czuć w powietrzu pewien nadnaturalny element i niepewność z czym tak naprawdę mamy do czynienia - czy coś lub ktoś kto przesiaduje w piwnicach niegdysiejszego domu pogrzebowego to człowiek czy istota z piekła rodem? Fakt faktem, że w całym filmie dosyć znaczącą rolę odgrywa młody stróż prawa, którego brat flirtuje z główną bohaterką, ale jego postać wyprana jest raczej z cech typowych dla detektywów przewijających się przez wcześniejsze produkcje. Tym razem policjant to zwyczajny chłopak, nie różniący się niczym od grupy bohaterów, za to podrzucający widzowi ciekawe spostrzeżenia i uwagi na temat rozgrywającej się akcji i postaci biorących w niej udział. Te zaś chwilami zdają się być plejadą istnych ewenementów i dziwności- przemiła starsza pani, skrywająca w swej piwnicy najpilniej strzeżone tajemnice, zdziwaczały dziadek bohaterki i właściciel domu pogrzebowego w jednym, o którym w okolicy krążą nieprawdopodobne historie, niedorozwinięty pomocnik, starszy pan szukający zaginionej żony. Tak więc mamy kilka charakterystycznych postaci, z którymi aktorzy poradzili sobie sprawnie i w sposób przyjemny dla widza - kto ma być sympatyczny to jest, rozwesela ten w zamyśle zabawny, o ciarki przyprawia zaś obłąkany.
Niestety widz będzie narzekał tutaj przede wszystkim na brak większych emocji, które winny pojawić się przy obcowaniu z horrorem. Bać się zbyt często nie będziemy, bo i nie ma czego. O gęsią skórkę przyprawić może jedynie postać stukniętego dziadka głównej bohaterki, oraz pewna opowieść o martwym chłopcu, któremu rodzina chciała zrobić ostatnie zdjęcie w białej trumnie - ten element udał się akurat bardzo dobrze. Dziewięć lat później klimat jakiego w tym momencie otrzymaliśmy namiastkę zaserwuje Mary Lambert przy okazji "Pet Semetary". Prócz tego dominuje niestety nuda, która może porządnie wytargać za uszy. Uprzykrzyć seans, ale nie aż tak drastycznie, by palec na pilocie bliżej przesunął się w stronę wyłącznika. Ciśnienia nie podniosą też żadne efekty ni charakteryzacja, których poskąpiono w tym filmie. Chwilami aż się prosiło, by pokazać coś mocniejszego, polać czerwienią po ekranie- niestety nic takiego nie miało miejsca, a szkoda.
Niemniej w swej przeciętności film ten może zaciekawić widza lubiącego doszukiwać się podobieństw i cytatów z innych produkcji - głównie z tego powodu, że stanowi on (znacznie mniej poważną niż oryginał) wariację na temat "Psychozy" Hitchcocka. Samo założenie filmu jest w tym przypadku bardzo podobne, kilka elementów fabularnych i garść scen stanowi mniej lub bardziej jawne odwołanie do tegoż mistrzowskiego thrillera i widzowi nie trudno będzie to wyłapać. Pomysł jak najbardziej szczytny. Przedstawiony w znacznie lżejszym wydaniu znany już schemat mógł sprawdzić się całkiem nieźle. Tym bardziej szkoda, że niczym stary grabarz, którego historia snuje się przez ten film, reżyser przysypał go kilkoma łopatami nudy, grzebiąc pod nią potencjał jaki miał w sobie "Funeral Home". Nie jest najgorzej, ale uczucie niedosytu bezsprzecznie pozostaje - tak zwykle bywa, gdy film z możliwościami wypada poniżej średniej.