Filmy
Scenariusz: Jimmy Huston
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1981
Muzyka: Gary S. Scott
Joel S. Rice
Ralph Brown
DeAnna Robbins
Ogólnie rzecz biorąc, horrory oglądamy by poczuć to przyjemne uczucie ogarniającego nas lęku. Równocześnie zdając sobie sprawę z faktu, że oglądane okropieństwa nie są wstanie wypełznąć poza ekran. Chęć poczucia kontrolowanego strachu jest ważnym, ale nie jedynym powodem do sięgnięcia po film grozy. Zastanówmy się bowiem, skąd kino stalk’n’slash czerpie swoją siłę i popularność? Kwestia umiejętnego strasznie widza? Nie sądzę - slashery jeżące włosy na głowie to tylko kropla w morzu tego podgatunku. Dużo istotniejszą rolę odgrywa tutaj chęć doznania katharsis wynikającego z oglądania pewnych stałych schematów, którymi chętnie operują reżyserzy i scenarzyści slasherów. Tym razem mam przyjemność zaprezentować Wam film, łączący w sobie obie te rzeczy - sprawne operowanie archetypami i nutę gęstego napięcia. Czas stawić czoła ostatniemu egzaminowi.
Na jednej z uczelni w Północnej Karolinie trwa właśnie ostatnia sesja egzaminów. Mury kampusu wieją pustkami, po korytarzach szkoły snują się jak cienie niedobitki uczniów, którzy nie zaliczyli testów we wcześniejszych terminach. Nauka wre, obok inni świetnie się bawią, jakby zupełnie nie przejmowali się ciążącym nad nimi widmem kończącego sesję egzaminu z chemii. W jego wigilię pod mury szkoły przybywa czarna furgonetka, a w niej ktoś mający ochotę na beztroskie szlachtowanie nastolatków.
Film jest podwójnym debiutem Jimmyego Hustona, w roli reżysera i scenarzysty. Dodać trzeba, że bardzo udanym debiutem. To mroczny, sprawnie zrealizowany stalker, którego konstrukcja opiera się na popularnym schemacie określanym niekiedy jako „teen-kill-pics”. „Final Exam” łączy w sobie większość sprawdzonych elementów, garściami czerpiąc z rozwiązań zaproponowanych przez wcześniejsze dreszczowce. Kamera przykuwa oczy perfekcyjnym, chłodnym ujęciem sylwetki mordercy, która majaczy na tle jaskrawo białego światła sączącego się z okien budynku, przywodząc na myśl „Psychozę” Hitchcocka. Innym razem ujmuje tylko muskularne ramię agresora, w sposób znany chociażby z powstałego w tym samym roku „Friday the 13th 2”. Chwilami Nasze poczucie bezpieczeństwa zostaje zachwiane jedynie niepokojącymi odgłosami jak w „Black Christmas” Boba Clarka, bądź uchwyceniem kątem oka sylwetki kryjącej się pośród gęstych cieni, niczym Michael Myers w „Halloweenie”. Uwagę zwraca jednakże zrezygnowanie z pewnego elementu łączącego wszystkie te filmy - brak pierwszoosobowej kamery, mającej nawiązać więź pomiędzy filmowym oprawcą a widzem, pozwolić wczuć się odbiorcy w zamiary mordercy. Odrzucenie tej części tworzywa filmowego, uznawanej niekiedy za jeden z kluczy do sukcesu slasherów, okazało się strzałem niezwykle celnym. Bez zaangażowania odbiorcy w relacje morderca-ofiara udało się wykreować dosyć chłodną atmosferę bijącą od tego obrazu - a to już spory atut.
Dodatkowo spotęgowany przez skontrastowanie sielskiej pierwszej połowy filmu, z drugą połową, w której terror wkrada się w mury kampusu pod osłoną nocy. Użycie fabularnego światłocienia odcisnęło swe piętno na efekcie końcowym filmu, ale uwypukliło zarówno plusy jak i minusy „Final Exam”. Bez wątpienia wyszło to na dobre końcowej części, przepełnionej napięciem i niepewnością. Huston snując radosną opowieść o życiu w szkolnych realiach zostawił sobie na koniec kilka asów w rękawie, które potem sprytnie wykorzystał. I mógłby stworzyć perełkę lat osiemdziesiątych, gdyby nie olbrzymia dysproporcja, która pociąga za sobą nerwowe zerkanie na zegarek w miarę rozwoju akcji w pierwszej części filmu. Minuty mijają, a na ekranie nic konkretnego się nie dzieje, prócz figli kilkorga nastolatków. Ciekawych, czasami zabawnych- ale ile można pokazywać bawiącą się bez celu młodzież? Z drugiej strony roztrząsanie takiego stanu rzeczy nie ma sensu- przyjęta konwencja zdaje się być zastosowana z pełną świadomością, więc nie ma innej opcji, jak poczekać na płaszcz nocy spowijający akademik i szkołę. Wtedy robi się naprawdę smakowicie.
Tym bardziej, że film powinien zebrać brawa także za samą postać mordercy. W pierwszych szotach dane nam będzie zobaczyć jedynie zarys jego sylwetki, bądź fragment ciała- rękę obok pnia drzewa, nogę przekraczającą próg. Gdy minie kilka minut reżyser pokaże nam także jego twarz, a ta nie jest skryta pod maską, ni w żaden sposób zdeformowana. Wyglądam przywodzi na myśl typowego, gruboskórnego warchoła jakiego możemy minąć na ulicy. Kolejny celny strzał ekipy filmowej, bo w połączeniu z rządzą mordu, która najwyraźniej sprawia mu radość, bądź zaspokaja podstawowe potrzeby jego pokręconego umysłu, udało się uzyskać efekt wywołujący ciarki na plecach. A brak jakiegokolwiek logicznego motywu jego działań staje się gwoździem do trumny napełnionych lękiem serc widowni.
Nie sposób też nie wspomnieć o drugim udanym debiucie na planie. „Final Exam” to pierwszy film, do którego Garry C. Scott skomponował ścieżkę dźwiękową. Późniejszy etatowy kompozytor kilku mniej lub bardziej znanych seriali spisał się doskonale. Melodyjne, spokojne i bardzo chwytliwe partie muzyki przygrywające miłosnym rozterkom bohaterów wymieszał z niepokojącymi plamami pianina w chwilach ataków psychopaty. Prawdziwy smakołyk dla uszu. A dla oka również niezła uczta. Bardzo ciekawie zinterpretowany schemat z nieco inaczej rozłożonymi akcentami to przepis, który nie powinien zawieść nawet bardzo wymagającego fana kina stalk’n’slash. „Final Exam” to horror co najmniej dobry, choć sklejony z 40 minut przeciętnego i nużącego kina i kolejnych 40 wybornego slashera - a ocena końcowa jest wypadkową tych proporcji. Jedno nie ulega wątpliwości; sięgnąć po niego z pewnością warto. Wystarczy bowiem przedrzeć się przez pierwszą połowę, by wpaść w objęcia wzorcowego operowania archetypami, gdzie umiejętnie uknute napięcie sączy się strumieniami wraz z perfekcyjną atmosferą. Podobnego skonstruowania slashera wielu reżyserów Hustonowi może tylko pozazdrościć.