Filmy

« powrót
Don't Open Till Christmas
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Edmund Purdom
Scenariusz: Derek Ford
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1984
Muzyka: Des Dolan
Obsada: Edmund Purdom
Alan Lake
Belinda Mayne
Mark Jones

 O "Don't Open Till Christmas" można napisać sporo złych rzeczy - na wstępie warto zacząć od stwierdzenia , że jest to świetny przykład filmu nieudanych początków i zmarnowanego potencjału. Początki, a raczej debiuty na jego planie zaliczyli reżyser Edmund Purdom (później odsunięty od projektu), zazwyczaj przebywający po drugiej stronie kamery, a także kompozytor Des Dolan, który okrasił cały film plamami syntezatorów i rip-offami kilku wcześniej użytych motywów. Wyprodukowania całości podjęło się zaś niezbyt znane studio Spectacular Trading International, które w swoje bardzo skromnej filmografii zdążyło się jednak zrekompensować za omawiany tutaj film, dwa lata później wypuszczając na rynek świecący jasnym blaskiem wśród dorobku lat 80 slasher "Slaughter High". Zbyt dużej kasy w ten film nie włożono, co widać na pierwszy rzut oka- taśma 35 mm, braki w charakteryzacji, kulejące aktorstwo (zresztą trudno się dziwić, skoro obsadę w znacznej mierze tworzyła sama ekipa kręcąca film- tym sposobem zobaczymy Purdoma w głównej roli, kompozytora, scenarzystę a nawet i producenta przewijających się przez ekran), momentami nazbyt nieudolna realizacja całości. Jednym słowem, ten film nie mógł się udać- przynajmniej od strony technicznej. Sam skrypt zaś był dosyć ciekawy.

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Policja w Londynie ma pełne ręce roboty - musi bowiem pochwycić seryjnego mordercę, który szlachtuje ludzi przebranych w kostium Świętego Mikołaja. Jedną z jego ofiar pada ojciec głównej bohaterki, przebity oszczepem (?) na świątecznej imprezie. Teraz Kate, bo tak ma na imię ponętna dziewczyna, pragnie pomóc w śledztwie i dorwać psychopatę. Wkrótce na jej drodze pojawiają się kolejne ślady, dziwaczne osoby i, co najważniejsze, kolejne zakrwawione ciała.

Życie może być tak proste- wystarczy przebrać mordercę za Mikołaja i zabawa gwarantowana! Taki przyjemny, świąteczny schemacik można zobaczyć w kilku niezłych slasherkach, jak "Silent Night, Deadly Night" (1984), "Christmas Evil" (1980) , czy "To All a Good Night" (ponownie 1980). Twórcom "Don't Open Till Christmas" jak widać ten pomysł nie wystarczył, bo postanowili wywrócić go do góry nogami, wpuszczając na plan maniaka, który będzie wszelkich Mikołajów zabijał - samo założenie dosyć intrygujące. Zresztą scenariusz, a raczej jego końcowa, ostatecznie zmontowana wersja, zdaje się być tworem co najmniej ciekawym. Przyznam, że oglądając ten film nie raz i nie dwa wyobrażałem sobie tą samą scenę nakręconą kompletnie inaczej - z polotem, innym oświetleniem, innymi aktorami, nawet lokacjami. Okazuje się, że potencjał w historii tkwił niemały, sceny rozpisane zostały w miarę ciekawie i jak widać to głównie amatorszczyzna wykonania i porażający brak środków zawyrokowały, że ostateczny kształt tego filmu jest taki a nie inny- czyli, mówiąc bez ogródek, mizerny.

Fatalna jakość obrazu (nie wiem, na ile poprawiona w wydaniu DVD) odpycha od pierwszych minut. Kiepskie, drewniane aktorstwo (z wyłączeniem głównej bohaterki) irytuje. Zachowania postaci są nienaturalne, role odgrywane chwilami w sposób wręcz teatralny - a teatr ten jest niestety kiepski. Najlepszy tego przykład to sceny, w których jeden z bohaterów, będący zresztą podejrzanym, wścieka się na komisarza, o zatrzymanie go w areszcie - strzelanie groźnymi spojrzeniami na prawo i lewo, nerwowe zaciskanie zębów, przewracaniem oczami to doprawdy komiczny pokaz tego, jak najfajniejszy pomysł można zabić kiepskimi aktorami. Szkoda, bo film ten z założenia nie miał być raczej podobny do swych radosnych kolegów, gdzie "sex, drugs i rock'n'roll" rządzą wśród młodzieży, która od czasu do czasu podchodzi pod ostre sprzęty agresora i w zasadzie musi umieć tylko dwie rzeczy - uśmiechać się i krzyczeć. A właśnie - gdybyście mieli okazję oglądać ten film, co jednak odradzam, zwróćcie uwagę na dziewczynę odgrywającą rolę striptizerki/prostytutki/dziewczyny na telefon. To całkiem dobry przykład, że nie każdy potrafi nawet fajnie krzyczeć przed kamerą. Jej mina zaś, gdy ucieka przed oprawcą i to, jak krzyżuje za plecami palce składając mu obietnicę, że nie ucieknie kiedy ją rozwiąże... bezcenne.

Tak oto prezentuje się banalnie proste wykonanie mimo wszystko dobrego i dość przewrotnego scenariusza. Fakt faktem, liczy się efekt końcowy, ale spory potencjał trzeba mu oddać. Film ów, przez wzgląd na samo prowadzenie intrygi właśnie, można ze sporą nutą rezerwy określić nawet mianem "post-kryminalnego" slashera, gdzie sama fabuła zbacza mocno na tory intryg detektywistycznych, a smaczki (jak modulacja głosu killera, niestety bezsensownie użyta w jednej ze scen, zabawa obrazem) budowane są na bazie włoskich korzeni. Opatrzenie go zaś plakietką "od twórców Friday the 13th" to już spore nadużycie, gdyż ze świeczką szukać głębszych powiązań pomiędzy ekipą, jaka w 1980 roku wyprodukowała "Piątek 13ego", a twórcami "Don't Open Till Christmas". Nazwisko Minasian (jeden z producentów "Don't Open...") które przewija się gdzieś w historii serii jako siódma woda po kisielu to trochę zbyt mało, ale faktem jest, że dobre hasło reklamowe nie jest złe! Równie dobrym, a nawet i lepszym hasłem do fanów radosnego zarzynania jest pokaźna ilość trupów, które padają w całym filmie. Sporo można ich naliczyć, szkoda tylko, że nie mają przełożenia na jakość filmu. Można je nazwać zapychaczami - ok, nie przeczę ale i nie mam tego twórcom oczywiście za złe- zapychacz w postaci trupa zawsze mile widziany. Szkoda tylko, że sceny mordów, pościgów i poszukiwań biednych Mikołajów nie dostarczają żadnych wrażeń estetycznych, nie podnoszą ciśnienia, nie ciekawią, czyli nie wnoszą do filmu kompletnie nic. Oczywiście mamy tutaj trochę ciekawych rzeczy, jak spalenie przebierańca na grilu (co robi Mikołaj z płonącym grilem na ulicy w środku nocy?) czy strzał z pistoletu wprost w otwarte usta krzyczącej ofiary, co kończy się fantazyjnie krwawą dziurą w głowie. Niemniej większość to standardowe dźganie, kiepsko wykonane, a niezwykle interesująca scena kastracji w toalecie jest, niestety, poza kadrem - choć może to wina cięć, którymi ponoć ten film był często gęsto raczony. Na uwagę zasługuje jednakże "przecudowna" scena z pijanym Mikołajem na rowerze. Otóż wpada on na grupę punków, którym pokazuje niezbyt przyjazny gest, czym ściąga na siebie ich wrogość. Ucieczka na rowerze nie idzie mu najlepiej, toteż porzuca sprzęt i dalej ucieka piechotą, chociaż oprawcy zadowoleni łupem wcale go już nie gonią. Nieszczęśnik natyka się w swym szalonym pędzie na rottweilera, który tylko zmienia kierunek jego ucieczki, po czym wpada do muzeum figur woskowych (mamy środek nocy, przypominam), gdzie spotyka mordercę! Ten rzuca w niego przedmiotami pokroju maczety, siekiery itp., co wcale nie przeszkadza Mikołajowi, który dalej spaceruje spokojnie i rozgląda się, by w efekcie zostać zabitym scyzorykiem/ brzytwą. Doprawdy genialne! Widzowie nastawieni na gore srodze się zawiodą, ale sama konstrukcja tych scen nadrabia to swoim "wyrafinowaniem". Bądź co bądź pokazanie Mikołajów-przebierańców jako alkoholików, tanich sprzedawczyków czy kolesi chętnie korzystających z usług pań do towarzystwa to ciekawy i dosyć kontrowersyjny zabieg, zdzierający maskę z obłudnych, świątecznych zwyczajów marketingowych.

Zastanawiam się tylko, jak ten film wyglądał, czy mógłby wyglądać w oryginalnej wersji. Edmund Purdom, który dostał propozycję wyreżyserowania go, ponoć zrozumiał w tamtej chwili, że jest urodzonym reżyserem! Niemniej w jednym z wywiadów narzekał, że po odsunięciu go od projektu całość została ponownie zrealizowana, pocięta, przemontowana, a część scen napisana od nowa, co w efekcie skończyło się tym, że tylko drobny skrawek jego pracy jest widoczny w filmie. Ciężko określić, na ile jest to prawdą, a na ile wykręceniem się od odpowiedzialności za tenże soczysty debiut "urodzonego reżysera". Kwestia pozostaje jednak jasna dla widza - film jest jaki jest, niezależnie kto go zmontował i nakręcił. A jaki jest? Niestety kiepski, przynudzający na każdym kroku, koszmarnie zagrany i ohydnie zmontowany. Był owoc, z którego można było wycisnąć wiele soku, ale z braku laku wszystko zaprzepaszczono. Nie polecam - lepiej zastosujcie się do rady danej nam w tytule i nie otwierajcie tego przed świętami! W święta i po świętach także.

data: 11:59; 04 listopada 2009     autor: Adrian Miśtak

Copyright © Horrormania.pl 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone
realizacja: kmatuszewski.com

porady finansowe | nieruchomoœci suwałki | strzyżenie | Dzwonki |