Filmy

« powrót
Long Weekend
(Długi weekend)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Colin Eggleston
Scenariusz: Everett De Roche
Produkcja: Australia
Rok produkcji: 1978
Muzyka: Michael Carlos
Obsada: John Hargreaves
Briony Behets
Mike McEwen
Roy Day
Michael Aitkens

Matka natura jest niczym rzeka. Dzika, niebezpieczna, płynąca własnym nurtem i rządząca się własnymi, indywidualnymi prawami. To właśnie ona stała się motywem przewodnim, a raczej odpowiedzią na zagadkową osobowość człowieka w australijskim filmie grozy „Długi weekend”. Wnikliwiej jednak o tym później. Wróćmy do kontynentu, dla którego omawiany tytuł przez wielu redaktorów czy powszednich kinomanów uważany jest za pioniera. Australijska kinematografia ma się zresztą całkiem dobrze. Wystarczy rzucić okiem na przychylne recenzje takich tytułów jak: „Razorback” (1984), „Kadaicha” (1988), „Wolf Creek” (2005), czy „Black Water” (2007). Co zatem wyróżnia omawiany przede mnie „Long weekend”, choćby od wspomnianych wcześniej filmów? Myślę, że wszystko tkwi w sile perswazji i chłodzie opowieści, która jest zbudowana przecież w nieskomplikowany, aczkolwiek w pełni komplementarny sposób.

Fabuła na pierwszy rzut oka przypomina typowy film z nurtu animal attack, który nakręcony został przy pomocy niewielkiego budżetu. Cała historia rozgrywa się wokół dwójki bohaterów – Petera i Marcii, którzy przechodzą przez związkowy kryzys. Chcąc za wszelką cenę uratować z każdym momentem coraz bardziej zgorzkniałe relacje, postanawiają wyjechać na jedną z dzikich plaż. Jak się okazuje, to będzie dla nich cholernie długi i pełen grozy weekend.

W pierwszych scenach filmu poznajemy naszych bohaterów. Nakreśleni są oni bardzo lodowato, a przez następne minuty widz nie poczuje do nich nawet nuty sympatii. To niesamowite, że bohaterowie w obliczu fauny i flory stają się z każdą kolejną sceną antybohaterami, a niektórzy pewnie uznają ich za popularnie ujmując, czarnych charakterów. Marcia ma kochanka, wciąż okłamuje męża, a ten miejscami zachowuje się jak psychopata. Ich podróż to ciągłe zbrodnie przeciw naturze. Można nawet rzec, że „Long weekend” jest horrorem z mocno uwypuklonym przesłaniem ekologicznym. Rzucony na trawę niedopałek papierosa powoduje, że natura płacze z bólu, a skowyt i jęki jej agonii z każdą minutą nasilają się, aż do emocjonującego finału. Finału skąpanego w krzykach, płaczu i skomleniu okolicznej przyrody. Niedopałek to jednak początek niefortunnej tragedii bohaterów, do której przyczyniła się sama natura. Peter bezmyślnie rąbie drzewo, tłumacząc swoje zachowanie bezdennie głupim dlaczego nie?, strzela do lokalnego ptactwa, czy w końcu zabija morskiego ssaka, którego zwłoki ocean wyrzuca na brzeg plaży. Rozkładające się zwierze wydaje się jednak tętnić życiem, bowiem jego gnijące ścierwo z każdą następną sceną zbliża się do obozowiska bohaterów, co dla mnie było totalnym geniuszem w obliczu tego, co ujrzymy w finale.

„Długi weekend” to bardzo klimatyczny dreszczowiec, opierający się na wolnej narracji, i braku kilku typowych dla grozy elementów. Próżno tam szukać krwawych scen, czy chwilowych podskoków adrenaliny. Kino Colina Egglestona nasycone jest fatamorganicznym klimatem, który dusi widzów. Pochłania ich estetycznym pięknem, a jednocześnie przeraża uczuciem alienacji. Bardzo widokówkowe kadry ukazujące australijską przyrodę sprawiają, że ciężko jest oderwać oczy od ekranu, a otaczająca pustka, rażące słońce i szum oceanu ukazane są chłodno, co może doprowadzić do swoistej klaustrofobii. Wszystkie te elementy wysmakowanego horroru stymuluje poważna muzyka, przeplatana syntezatorowymi zniekształceniami, oraz bezbłędna gra aktorska. Dziwię się, że kariery Briony Behets oraz Johna Hargreavesa nie rozwinęły się bardziej. Po występie na planie „Long weekend” dostali kilka głównych lub drugoplanowych ról w podrzędnych filmach, po czym słuch o nich zaginął.

Film stara się w pewnym stopniu odpowiedzieć, KIM, a raczej w tym wypadku CZYM jest człowiek. Jak bardzo nie przywiązujemy uwagi do ekosystemu, oraz jacy z nas egoiści zapatrzeni we własne ja. W świetny sposób pokazują to sceny, w który przerażona Marcia zabiera jeepa zostawiając Petera na pastwę rozwścieczonego wszechświata. Pomimo, że matka natura przyjmuję tutaj rolę rozgoryczonego mściciela, to w rzeczywistości my – ludzie posiadamy zadziwiający talent do autodestrukcji. Nie będę jednak rozwijał tego stwierdzenia, bowiem mogłoby to spowodować niezamierzony spoiler, który z pewnością negatywnie odbiłby się na przyjemności obcowania z filmem. Filmem, który oczarował mnie już podczas scen początkowych ukazujących urwisko, jadowitego węża, i niespokojny ocean. Jeśli zatem znudziło Wam się oglądać krwawe jatki, śmiało możecie sięgnąć po ten tytuł. Uważam, że nie poczujecie się zawiedzeni, bowiem „Długi weekend” zachwyca estetycznym pięknem, a jednocześnie przeraża niecywilizowaną pustką.

data: 11:02; 04 listopada 2009     autor: Judith Myers

Copyright © Horrormania.pl 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone
realizacja: kmatuszewski.com

porady finansowe | nieruchomoœci suwałki | strzyżenie | Dzwonki |