Filmy
(Karzeł)
Scenariusz: Mark Jones
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1993
Muzyka: Robert J. Walsh
Jennifer Aniston
Ken Olandt
Mark Holton
Robert Hy Gorman
Zjawisko tęczy nikomu nie powinno być obce. Powstający na wskutek letniego deszczu w promieniach słońca widok kryje większą tajemnicę, niż ktokolwiek mógł sobie to wyobrazić. Wg irlandzkiego folkloru kraniec tęczy jest miejscem pochowku odwiecznego skarbu, którego strzeże złośliwy skrzat – Leprechaun (czytaj: Leprikon). Ubrany w zielone wdzianko, buciki ze złotawymi sprzączkami brodaty strażnik określany jest często jako pucybut czy szewc, ze względu produkcji obuwia dla wróżek i innych mitycznych istot. Lubiący zapalić tytoń ze swej nieodłącznej fajki, oraz napić się starego, dobrego piwa z pokaźnego kufla krasnal stał się inspiracją dla Marka Jonesa. W 1993 roku reżyser postanowił przybliżyć nam jego odwieczny wizerunek, odbiegając trochę od pradawnej sposobności, która ograniczała się jedynie do złośliwych żartów w jego wykonaniu.
Daniel O'Grady nie bał się spotkania z Leprechaunem. Beztrosko wykradł mu złoto, po czym wrócił zakosztować życia w bogactwie u boku swej drogiej małżonki. Biedaczek nie wiedział, że mściwy karzeł podążył jego tropem. Skrzat z zimną krwią odebrał życie pani O’Grady, lecz mężczyzna zdołał uwięzić go w drewnianej skrzyni i rzucić na nią zaklęcie. Dziesięć lat później czar przypadkowo zostaje zdjęty. Leprechaun znów pragnie odnaleźć swój skarb…
Ze względu na czas, kiedy ten film został obejrzany, przybiera on skrajnie różnie oblicza. „Leprechaun” bowiem to baśniowe kino klasy B, skierowane do młodszych widzów, wypełnione komediowymi scenkami i odrobiną grozy. Nie bez znaczenia spełnia on więc rolę swego rodzaju wehikułu czasu porywając widzów mających z nim kontakt za młodu w sentymentalną podróż na skraj dziecięcych lat. Tak też było w moim przypadku, kiedy po dobrych dziesięciu jesieniach sięgnąłem po produkcję powtórnie. W postać filmowego złośnika wcielił się najsłynniejszy karłowaty aktor - Warwick Davis, pojawiający się we wszystkich odsłonach jego serii. Charakteryzacja mężczyzny znanego z takich tytułów jak „Willow” (gdzie stanął u boku Vala Kilmera) czy szóstym epizodzie „Gwiezdnych wojen” jest w pełni profesjonalna. Odrażająca, zdeformowana wręcz od zmarszczek buźka pełna zgnitych zębów, w porównaniu z wyszukanymi żarcikami czy wyliczankami w stylu: Idzie Leprachaun po drabinie, fiku – miku i już jest w kominie, to bardzo zabawne, a wręcz klasyczne zestawienie. Podobne zachowanie postaci można spostrzec w nakręconym zaledwie rok później Rum… Rumplel… Rumpelel… W nakręconym zaledwie rok później „Władcy dusz”, „Narzeczonej Laleczki Chucky” (i nim samym) czy późniejszych odsłonach przygód na ulicy Wiązowej. Osobowości pozornie mające za zadanie wystraszyć przyprawiają o uśmiech widzów a ich perypetie i morderstwa często bawią lepiej, niż niejedna komedia. Mark Jones bardzo sprawnie zachował jednak wszystkie cechy tęczowego zgrywusa, dodając mu nieco więcej brutalności. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu obraz jest dość krwawy i szokiem dla mnie był widok wydłubywania oka oficerowi policji, gdyż po prostu nie spodziewałem się takich scen w tego typu filmie. Do walki z tytułowym stworkiem stanie czwórka dzielnych przyjaciół, w tym takie gwiazdy jak znana z kilku sezonów serialu „Friends” Jennifer Aniston czy Ken Olandt („Prima Aprilis”), a ich oparciem będzie uznawana za atrybut szczęścia czterolistna koniczyna.
O jakimkolwiek klimacie grozy można zapomnieć, co nie dyskwalifikuje filmu w specyficzną atmosferę kiczowatych tytułów w lekkiej formacji. Mark Jones sprawnie posługuje się ironią, grozą oraz czarną komedią w wyniku czego otrzymujemy całkiem smaczny koktajl. Co prawda całość z biegiem czasu może wydawać się monotonna, lecz postać karła oraz muzyczka Walsha (nie mylić z Brendonem z „Bevery Hills 90210”) z całą pewnością to rekompensuje. Kozacki, finałowy tekst jednego z bohaterów to już kropka nad „i” tego całego przezabawnego spektaklu: Pieprz się przystojniaczku! ;-)
Chwytajcie więc za ten tytuł jeśli jest on dla Was swego rodzaju symbolem horrorów zza młodu. Z pewnością nie poczujecie się zawiedzieni, a stara dobra kaseta wideo w dużym opakowaniu i ładna okładka będą jeszcze większą satysfakcją. Osobą nie mającym z filmem uprzednio kontaktu radzę już na samym wstępnie przymknąć oko. Może i „Władca dusz” tego samego reżysera wyszedł nieco lepiej, ale uważam, że „Leprikon” idzie z nim niemalże łeb w łeb - nota bene to on doczekał się 5 kolejnych odsłon.