Filmy
(Nieuleczalny strach)
Scenariusz: Anthony Ferante
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2005
Muzyka: Heather Marie Marsden
M. Steven Felty
Jilon Ghai
Josh Holt
Taylor Hurley
Happy Mahaney
Dig Wayne
Fenomen nawiedzonych budynków może być bardzo interesujący - pod warunkiem, że mówimy o rzeczywistych posesjach, a nie celuloidowych fanaberiach reżyserów. Tym bardziej, gdy cała banda do znudzenia wywołuje duchy w szpitalach i zakładach psychiatrycznych. Bezwstydnie ogołocony z subtelności i tajemniczości takich historii „Boo” błądzi gdzieś na krętych szlakach horroru próbując naśladować całkiem udane produkcje (vide adaptacja „Silent Hill” czy remake „House on Haunted Hill” do których przymila się najbardziej), ale mimo widocznych starań drogi te prowadzą go na manowce. Może całość przybrała by nawet nieco bardziej przystępny wyraz, gdyby zaczerpnęła garść patentów ze starszych produkcji (za przykład niech posłuży „Amityville” - żadna rewelacja, ale pewnego uroku odmówić jej nie można). Może, ale to tylko gdybanie.
Niemrawy, nieco parodystyczny duch pląta się drętwo po jednym z poziomów starej kliniki, tak jak kilkoro niezbyt rozgarniętych przyjaciół. On znalazł się tutaj z powodu pożaru z odległej przeszłości, oni by urozmaicić sobie halloweenowy wieczór. „Lalka” z oczami tęskniącymi za mądrością, irytująco roztrzęsiony maczo, który strzela jej w łeb bez powodu, policjant-heros, blond-włosa piękność z dziwacznymi wizjami i wreszcie winda, która kursuje tylko w jedną stronę. Strach się bać…
Doprawdy ciężko napisać cokolwiek pozytywnego o tym pokracznym koszmarku. Nie dość, że już samą wtórnością potrafi obrzydzić seans, to jakby na domiar złego nie kwapi się nawet na krztę logiki. „Boo” to próba perfidnego żerowania na widzach młodych i nieobytych z gatunkiem. Reżyser kręcąc tego celuloidowego pasożyta najwyraźniej mierzył właśnie w tą grupę, chcąc przy minimalnym nakładzie budżetu i wysiłku (pomijając wyświechtaną reżyserię, scenariusz który stworzył mówi sam za siebie) nakręcić coś, co sprzeda się w niektórych kręgach. Paradoksalnie kręgi do których kierowany był ten horror, to nie kręgi fanów. W migawkowym zlepku ujęć jedynie strój clowna, który przewinął się ledwie kilka razy miał jakiś potencjał. Kilkoro bohaterów błądzi gdzieś w poszukiwaniu wyjścia, gdy nagle w ciemnym zakamarku drogą zastępuje im ów kostium, o namacalnych, ludzkich kształtach. Spanikowana młodzież zastanawia się, czy to jeden z ich znajomych założył przebranie, podczas gdy głowa clowna odwraca się powoli w stronę jednego z nich z szatańskim uśmiechem wymalowanych na twarzy… Pośród wszystkich zepsutych, a podręcznikowych wręcz jump scen, tej jednej dźwięcznej nuty grozy odmówić nie można. Inne pomysły wzięły w łeb, łącznie z motywacją i niecnymi postępkami ducha. Jego siła nie przekonuje mnie zbytnio- ciężko o pozytywniejsze wrażenia, gdy oprócz odcięcia drogi bohaterom i przybierania ich postaci nie jest w stanie niczym innym zagrozić. Wspomniane podszywanie się również nie idzie mu najlepiej. Po pewnym czasie „podrobione” przez niego postacie zaczynają się rozpuszczać jak wosk wrzucony w ogień. Tłumaczenie, że to wina ducha trzęsącego portkami na myśl o prawdziwym ludzkim życiu (które ponoć chce odzyskać) budzi kwaśny uśmiech politowania. Gdy już bohaterowie wykryją w swych szeregach takiego delikwenta, oddają w niego kilka strzałów, po czym ten rozpryskuje się po ścianach w paskudnie sztucznym efekcie komputerowym. Jeśli zaś nie są pewni, czy ktoś jest ich druhem z krwi i kości, czy też wcieleniem złej siły, również mogą go zastrzelić dla pewności. Tak właśnie to zrobił wspomniany maczo - to nic, że wcześniej oddawał się miłosnym uniesieniom z koleżanką, by w chwilę później dla spokoju ducha wpakować jej kulę w łeb. Poczucie bezpieczeństwa wielką ma wagę...
Szeroki uśmiech wywołuje również niezamierzony ukłon w stronę „Strasznego Filmu 2”. Kiedy zobaczyłem hulający po korytarzach wózek inwalidzki i ducha szczerzącego „straszne” miny wprost nie mogłem powstrzymać śmiechu. Doprawdy zabawnie to wygląda i choć nie spełnia swego zadania. O dziwo także muzyka daje radę (co zresztą często zdarza się w kiepskich produkcjach - swego rodzaju paradoks), szybkim tempem uderzeń pianina napędzając akcje. Niestety jej urok nie zgrywa się z miernotą wizualną, a sama w sobie nie jest na tyle wciągająca, by podnieść ten film z desek. Dziwić może jedynie występ Dee Wallace (właśnie mamy okazję podziwiać ją w „Halloween” Anno domini 2007), która prawdopodobnie uderzyła się w głowę przed przyjęciem roli w tym przedsięwzięciu. Do śmietanki aktorskiej nie należy, ale to co sobą prezentuje i tak jest o kilka klas wyższe niż marny „Boo”.
Film może i trafia w datę 31 października, za to kompletnie nie trafia do widza. Wtórna opowieść o duchach nudzi i dłuży się niemiłosiernie. Przy wystawieniu oceny natchnęła mnie jednak do oparcia się o biblię. Pamiętacie przypowieść o proroku, który targował się z Bogiem, by ten oszczędził miasto, gdy znajdzie się w nim choć jeden sprawiedliwy? Wedle jej słów wyruszam na poszukiwanie „sprawiedliwych” stron tego filmu. Dlaczego warto go oszydzić? Bo jest ponuro uśmiechnięty clown. Bo aranżacja muzyczna jest dosyć ciekawa. Wreszcie bo niebezpiecznie ociera się o „Scary Movie 2”. W sumie znalazłbym te trzy plusy. Jest tylko jedno „ale”. Jak mówi mądre powiedzonko (a także Chuck Norris) „Bóg wybacza, a ja nigdy”.