Filmy
Scenariusz: Alvin Sapinsley
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1972
Muzyka: Bernardo Segall
Geoffrey Lewis
John Beradino
Barbara Rush
Dan Priest
Przeciętny horrormaniak zapytany o filmy grozy o tematyce lykantropicznej jednym tchem wymieni “The Wolf Man” George’a Waggnera (1941), „The Howling” Joe Dantego (1981) i „Bad Moon” Erica Reda (1996). Jednakowoż wiele obrazów o wilkołakach przepadło w mrokach historii kina i są dziś znane raczej tylko zagorzałym zwolennikom tej tematyki. Do te grupy filmów należy „Moon of the Wolf” Daniela Petriego, oparty na powieści Lesliego H. Whittena. Po jego seansie wiem już jednak, dlaczego jest znany przede wszystkim zwolennikom horrorów lykantropicznych i nie zapisał się na trwałe w dziejach gatunku.
Na mokradłach Marsh Island w stanie Luizjana zostają odnalezione zwłoki młodej kobiety. Jej ciało nosi ślady pazurów i zębów, ale sekcja zwłok wyklucza atak psów jako przyczynę śmierci. Co więcej, okazuje się, że dziewczyna była w ciąży. Prowadzący śledztwo szeryf Whitaker szybko odrzuca jednak ten trop, gdyż wkrótce mają miejsce kolejne morderstwa, które wyjaśnić można jedynie działaniem sił nadprzyrodzonych. Kto jest wilkołakiem i czy uderzy ponownie?
Nawet najzagorzalsi zwolennicy filmów o wilkołakach będą podczas seansu „Moon of the Wolf” wystawieni na ciężką próbę, bowiem przez długi czas nie będzie nam dane oglądać żadnych scen grozy, a fabuła przypomina bardziej film kryminalny. Obserwujemy więc rozważania szeryfa, przesłuchania miejscowej ludności, wysłuchujemy prowadzącego sekcję zwłok lekarza i hipotez mieszkańców miasteczka. Na pojawienie się wilkołaka będziemy musieli poczekać aż 40 minut, a i same morderstwa nie są zbyt efektowne – kamera pokazuje co prawda obraz z punktu widzenia napastnika, co na krótkie momenty buduje napięcie, ale już w momencie samego zabójstwa ucieka, tak że na żadne krwawe sceny nie liczcie. Charakteryzacja wilkołaka, którego w końcówce zobaczymy w pełnej krasie (i poznamy jego tożsamość, acz po godzinie nudy mało kogo będzie już ona interesować), trąci już obecnie mychą, żeby nie powiedzieć śmieszy – na owe czasy było to z pewnością coś (zwłaszcza eksponowane kilkukrotnie kosmate łapy), ale widać tutaj piętno czasu. Oczywiście, braki techniczne jestem w stanie wybaczyć ze względu na czas powstania obrazu, ale film nie oferuje w zamian ani napięcia, ani odpowiedniego klimatu. Z ekranu wieje po prostu nudą, a pojawienie się lykantropa tego stanu rzeczy nie zmienia i to nie tylko ze względu na słabą stronę techniczną – budząca uśmiech politowania walka wręcz z wikołakiem czy zupełnie nieprzekonujący finał skutecznie psują i tak już marne wrażenie. Widać jak na dłoni, że Daniel Petrie znacznie lepiej poradził sobie z pierwszą połową filmu, kiedy to zagadka kryminalna i typowy dla kryminałów sposób prowadzenia fabuły dominowały, a wykreowanie atmosfery grozy, napięcia, jednym słowem horroru przez duże „h” zupełnie mu nie wyszło. Nawet nawiązania do stylistyki gotyckiej niewiele tu pomogły…
Gra aktorska również kuleje, rozczarował zwłaszcza Daniel Janssen w roli szeryfa Whitakera, wygłaszający wszystkie kwestie w zasadzie na jednej tonacji i bez jakichkolwiek emocji. Nie lepiej spisuje się też John Berandino w roli lekarza. W przypadku pozostałych aktorów nie jest już tak źle, ale wobec wyeksponowania w/w postaci aspekt aktorski filmu prezentuje się bardzo słabo.
Miłą odskocznią dla wszechogarniającej nudy jest na szczęście ścieżka dźwiękowa – typowe dla filmów z tego okresu dźwięki są na tyle dobre, że w połączeniu z odpowiednim przedstawieniem ekranowych wydarzeń mogłyby zbudować całkiem niezłe napięcie. Niestety, wobec kiepskiego scenariusza stało się inaczej.
Podsumowując, „Moon of the Wolf” przez dłuższy czas przypomina raczej film kryminalny niż horror. Scen grozy jest bardzo mało i są kiepsko zaaranżowane, a scenarzysta zajął się przede wszystkim mnożeniem kolejnych wstawionych na siłę wątków mających zmylić widza w kwestii tożsamości wilkołaka. Oczywiście, nie może schodzić z pola uwagi fakt, że jest to ekranizacja książki, ale przecież można było ograniczyć przeniesienie na ekran wątków kryminalnych na rzecz większej ilości grozy, na co Alvin Sapinsley i Daniel Petrie się nie zdecydowali. Słaba strona techniczna (przede wszystkim śmieszna charakteryzacja wilkołaka) jest zrozumiała ze względu na okres powstania filmu, ale brak klimatu (kilkuminutowa końcówka rozgrywająca się w nocy to za mało, aby mówić o nim) i napięcia dyskwalifikują obraz Daniela Petriego jako dobry film grozy. Znamienny jest zresztą fakt, że była to produkcja telewizyjna. Polecić mogę tylko najzagorzalszym fanom tematyki lykantropicznej.