Filmy
(Księżycowy morderca)
Scenariusz: Michael O'Rourke
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1989
Muzyka: Douglas Pipes
Ingrid Vold
John Marzilli
Tom Hamil
Jil Foor
O tym, że lata 80-te to złota dekada slasherów wie chyba każdy szanujący się zwolennik kina grozy. Powstały wówczas filmy uznawane obecnie za klasyki podgatunku („Friday The 13th”, „The Burning”, „Sleepaway Camp”), ale i całe mnóstwo produkcji, których tytuły przepadły w mrokach dziejów i kojarzone są obecnie głównie przez zagorzałych fanów slasherów – „Memorial Valley Massacre”, „Doom Asylum”, „Blood Hook”, „Berserker: The Nordic Curse”… tytuły można mnożyć, i to tej właśnie grupy zapomnianych obrazów należy nakręcony w 1989 r. „Moonstalker”, wydany w Polsce na VHS jako „Księżycowy morderca”.
Ojciec ze swoimi nastoletnimi dziećmi przyjeżdżają na dziki kemping w amerykańskich górach. Wkrótce w to samo miejsce przyjeżdża starszy mężczyzna – na młodzieży wywiera on wyjątkowo złe wrażenie, jednak głowa rodziny decyduje się na spotkanie z przybyszem przy ognisku. Mężczyzna opowiada rozmówcom o swym synu o imieniu Bernie, który ma za sobą pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Rodzina po pogawędce powraca do swego domu kempingowego, a starzec do starej przyczepy w której trzyma … skutego łańcuchami syna. Teraz jednak uwalnia Berniego i daje mu do ręki siekierę – ma on zabić przybyszów, ale sytuacja wymyka się spod kontroli i masakra przybiera coraz większe rozmiary…
Niewątpliwie były tu podstawy do nakręcenia dobrego backwoods slashera. Akcja została osadzona w bardzo ciekawej lokalizacji – pokryte śniegiem górskie ostępy tworzą bardzo dobry klimat, zwłaszcza że przez większą część czasu wydarzenia mają miejsce nocą. W takiej oto scenerii grasuje morderca, którego wygląd w pierwszej części filmu jest bardzo ciekawy – biała, płócienna maska i takiż strój, niestety dość szybko zamienia on je na banalny ubiór jednej ze swoich ofiar, co bardzo psuje klimat obrazu. Na szczęście nie jest z tym tragicznie nawet po tej przemianie, a to głównie za sprawą doskonałej muzyki skomponowanej przez Douglasa Pipesa – główny temat jest bardzo tajemniczy, a zarazem łatwo wpada w ucho, do złudzenia przypominając „Halloween Theme” Johna Carpentera. Nie popsuło tez klimatu wprowadzenie elementów czarnego humoru – uczyniono to z umiarem, nie stoją one na tak żenującym poziome jak we współczesnych teen-slasherach i nie ma ich przesadnie dużo, a spełniają swoją rolę całkiem dobrze (szczególnie zapada w pamięć scena śpiewania przy ognisku, której sensu nie zdradzę).
Znacznie gorzej niż klimat wypada inny ważny element slasherów, jakim jest umiejętne budowanie napięcia. Widać tutaj niedoróbki w scenariuszu, gdyż mniej więcej po środku filmu mamy spora dziurę podczas której niewiele się dzieje, zmuszeni jesteśmy wysłuchiwać infantylnych dialogów młodzieży. Same momenty morderstw są bardzo przewidywalne i sygnalizowane, przez co nawet średnio zorientowany w slasherowych schematach widz będzie potrafił wskazać z wyprzedzeniem kto zginie. Z pewnością gdyby Michael O’Rourke oddał zadanie napisania scenariusza w ręce dobrego fachowca, „Moonstalker” byłby znacznie lepszym filmem.
Krwawych scen nie ujrzymy tu zbyt dużo. Będzie co prawda odcięta ręka, odrąbane kończyny i przebicie drewnianym ostrzem, ale wykonanie tych efektów pozostawia sporo do życzenia. Przy wielu morderstwach kamera w ogóle nie pokazuje ofiary, koncentrując się na twarzy Berniego – braki w budżecie są aż nadto widoczne. Irytuje to tym bardziej, że bodycount jest dość wysoki, a jedynie przy kilku scenach śmierci mamy jakiekolwiek efekty gore.
Gra aktorska jest nierówna, ale na ogół słaba. Ten element często szwankuje we wszelakiej maści niskobudżetowych filmach, w związku z czym przymknięcie na niego oka nie powinno sprawić zwolennikowi tego typu kina trudności. Ułatwia to też fakt, że bohaterowie to w zdecydowanej większości postacie sztampowe i banalne do bólu, stanowiące typowe mięso dla mordercy.
Podsumowując, „Moonstalker” mógł być jednym z lepszych slasherów 2 poł. lat 80-tych. Niestety, niedopracowany scenariusz, niewielka ilość i kiepskie wykonanie krwawych scen oraz kilka poważnych błędów (przede wszystkim pozbawienie mordercy jego ciekawego stroju) sprowadziły go do roli zwykłego średniaka, który mogę z czystym sumieniem polecić tylko zagorzałym fanom podgatunku. Braki w budżecie są w wielu momentach bardzo widoczne, ale i bez dużych nakładów finansowych można było uniknąć wielu z popełnionych w „Księżycowym mordercy” pomyłek. Szkoda, bo świetna muzyka Douglasa Pipesa jeszcze teraz kołacze mi się w głowie, a chciałoby się kojarzyć ją z lepszym filmem...