Filmy
(Jenifer)
Scenariusz: Steven Weber
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2005
Muzyka: Claudio Simonetti
Carrie Fleming
Brenda James
Harris Allan
Jasmine Chan
Choć nad obydwoma sezonami serialu “Masters of Horror” czuwał jego inicjator, Mick Garris, skład trzynastki reżyserów nie jest w obu seriach identyczny. Wśród twórców którym dane było wyreżyserować dwa odcinki widnieje jednak nazwisko Dario Argento, jednego z najsłynniejszych przedstawicieli włoskiej szkoły horroru. Nie trzeba chyba nikomu przypominać takich jego filmów jak „Bird with the Crystal Plummage”, „Tenebre” czy „Suspiria”, aczkolwiek w ostatnich latach forma tego znakomitego reżysera wyraźnie spadła. Mimo to ze sporymi zasiadałem do seansu nakręconego przez niego odcinka pt. „Jenifer”, opartego na opowiadaniu Bruce’a Jonesa. Niestety, czekał mnie spory zawód i utwierdzenie w przekonaniu, iż Argento najlepsze lata ma już za sobą.
Frank Spivey jest policyjnym detektywem, a w życiu prywatnym szczęśliwym mężem i ojcem. Jago życiem wstrząsa jednak wypadek, kiedy to stając w obronie kobiety zmuszony jest zabić człowieka. Uratowana dziewczyna okazuje się być zagadką – jej twarz jest zdeformowana, a z odkrytych dokumentów udaje się ustalić jedynie jej imię: Jenifer. Początkowo trafia ona do szpitala psychiatrycznego, jednak detektywa zaczyna dręczyć niezdrowa fascynacja jej ciałem – w efekcie zabiera ją z placówki i umieszcza we własnym domu. Daje to początek lawinie dramatycznych wydarzeń, bowiem Jenifer okazuje się być prawdziwym potworem…
Historia z utworu Jonesa niosła w sobie spory potencjał, zwłaszcza w sferze psychologicznej. Kluczem do stworzenia dobrego obrazu mogło być skupienie się na przemianie zachodzącej w umyśle, sposobie postrzegania świata i systemie wartości głównego bohatera, spowodowanej spotkaniem z Jenifer. Niestety, Argento kompletnie zaniedbał tę jakże ważną kwestię, stawiając na wartką akcję i dużą ilość krwawych scen. W ten sposób powstała nieprzyjemna pustka, bowiem same sceny gore nie są na tyle liczne i dobrze wykonane (nie ma co ukrywać, duet specjalistów od charakteryzacji Berger – Nicotero wypadł tym razem poniżej swej przeciętnej) aby stać się trzonem obrazu mogącym stanowić o jego wartości. Również sposób przedstawienia samej Jenifer budzi wątpliwości – jej jedyną negatywną cechą jest w zasadzie skłonność do spożywania ludzkiego mięsa, natomiast pod względem psychicznym to zalękniona, niepewna i łatwo dająca się zastraszyć osoba, z całą pewnością nie symbol zła mogącego mieć niszczycielski wpływ na osobowość ludzi z otoczenia. Dodatkowym ciosem dla filmu jest słaba gra aktorska, a przecież główny bohater – mimo spłycenia jego dramatu – jest postacią pełną wątpliwości, niezdecydowaną i rozdartą wewnętrznie, a co za tym idzie niełatwą do odegrania. Steven Weber z zadaniem niestety sobie nie poradził, w dużym stopniu zawalając główną rolę. Ciężko cokolwiek powiedzieć o Carrie Fleming, gdyż Jenifer przez cały film nie odzywa się, wydając jedynie nieartykułowane dźwięki, w efekcie czego najważniejszym elementem jej postaci staje się sama deformacja twarzy. Role pozostałych aktorów są raczej krótkie i nie mają większego wpływu na całokształt, w związku z czym mimo braku większych błędów nie są one w stanie uratować ogólnej oceny gry aktorskiej tego epizodu.
Dotychczas krytykowałem, „Jenifer” ma jednak kilka dobrych elementów o których warto wspomnieć. Najważniejszym z nich jest skomponowana przez Claudio Simonettiego nastrojowa muzyka, odznaczająca się dwoma zapadającymi w pamięć motywami. Ciekawym posunięciem Argento jest też złamanie tabu dziecka, które ginie w „Jenifer” bardzo krwawo – świadczy to o bezkompromisowości włoskiego reżysera oraz wystawia dobre świadectwo pozwalającym na sporą swobodę producentom, jednak nie wystarcza do uratowania tego dość mizernego odcinka.
Słowem podsumowania – „Jenifer” to obraz o niewykorzystanym potencjale, zmarnowanym poprzez zlekceważenie aspektu psychologicznego przedstawianej historii na rzecz niespecjalnych efektów gore. Po raz kolejny potwierdza się, iż Argento stracił wiele na przenosinach do Stanów Zjednoczonych i szansa, iż nawiąże jeszcze do najlepszych lat swojej kariery wydaje się być nikła. Szkoda, gdyż tym samym staje się on kolejną z ikon horroru rozmieniających swoją sławę na drobne bardzo słabymi produkcjami, do których zalicza się także czwarty epizod pierwszego sezonu „Masters of Horror”.