Filmy
(House on the Edge of the Park, The)
(Dom na skraju parku)
Scenariusz: Gianfranco Clerici, Vincenzo Miannico
Produkcja: Włochy
Rok produkcji: 1980
Muzyka: Riz Ortolani
Lorraine De Selle
Brigitte Petronio
Annie Belle
„Sweetle, oh, sweetle, summertime is coming…” delikatnie nuci Diana Corsini otwierając furtkę do ulokowanego na skraju parku domostwa. Zaskakujący początek biorąc pod uwagę fakt, że mamy do czynienia z kinem (s)eksploatacji. A dokładniej z przedstawicielem nurtu rape and revange, który w latach 70. oraz wczesnych 80. cieszył się dużą popularnością wśród widzów. Motyw był zazwyczaj ten sam. Męka szlochającej ofiary , ordynarny gwałt i cena, jaka później przyjdzie zapłacić skurwiałym oprawcom za chwilę ich obłąkanej rozkoszy. Perwersyjny schemat to jednak dopiero zapowiedź tego, z czym kinoman będzie musiał się skonfrontować na ekranie. Reżyserzy uciekali się do wielu zabiegów by ich filmy szokowały. Jedni dawali śmielszy popis krwawych scen, inni skupili się bardziej na podłożu psychologicznym, a kolejni w filmową rolkę wplatali nawet sceny pornograficzne jak to uczynił pewien Szwed w „Thriller - A Cruel Picture” (1974). Całość kręciła się jednak wobec tego samego – gwałtu i chłodnej zemsty…
Dwójce przyjaciół - Tomowi i Lisie którzy jadą na spóźnioną prywatkę, po drodze psuje się samochód. Szukając pomocy, bohaterowie trafiają do Alexa i Ricky’ego, mechaników kończących już pracę, śpieszących się równie bardzo jak ich klienci. W podzięce prędkiej reperacji auta, Tom i Lisa zabierają ich ze sobą do bogatej rezydencji usytuowanej na skraju parku. Tam nie brakuje alkoholu, muzyki, hazardu i pięknych dziewczyn. Gdy zabawa się rozkręca, nowopoznani goście ściągają maski i zmieniają się w żądnych krwi i perwersji bydlaków…
Ruggero Deodato kręcąc „Dom na skraju parku” inspirował się podobnym pod względem treści dziełem Wesa Cravena pt. „Ostatni dom na lewo”. I choć ciężko jest mi skonfrontować te dwa filmy ze względu na fakt, że cenię sobie dorobek włoskiego reżysera, to końcowo obraz twórcy Freda Kruegera jest znacznie bardziej interesujący. Nie mniej porywcze są jednak wyuzdane wydarzenia uwiecznione w „The House on the Edge of the Park” owiane sporą dawką erotyki. Stopniowe budowanie napięcia przyczynia się do częściowego wyeliminowania z ekranu nudy, a aktorski popis Davida Hessa oraz Giovanni’ego Radice są dobrym powodem ku temu, by dotrwać do napisów końcowych. Alex to wyrafinowany drań, który ma kompletną paranoję na punkcie seksu, natomiast Ricky jest opóźnionym w rozwoju chłoptasiem ze sporymi problemami natury emocjonalnej. Tworzą oni specyficzny duet typowych psycholi spragnionych ludzkiego upokorzenia, karmiąc się przy tym satysfakcją z zadawanego bohaterom cierpienia. Nie chodzi tutaj jedynie o fizyczną demoralizację, ale również psychiczne poniżanie w postaci choćby zmuszania do patrzenia na zadawany ból, czy oddawania moczu wprost na niemalże tonącego Howarda. Ruggero Deadato zatrudniając wiec specyficznego Hessa do roli czarnego charakteru z pewnością miał na uwadze fakt, że mężczyzna pojawił się również w pokrewnej produkcji Cravena, która wstrząsnęła światem. Taka autoreklama zapewne dobrze wpłynęła na marketing i sprzedaż obrazu.
Film Deodato ma jednak kilka wad, które potwierdzają, że reżyser ma drobne problemy z narracją. Kiedy udało mu się już utworzyć należyty klimat, odczujemy nutkę monotonii. Autor bowiem plącze się w pomysłach, nie wnosząc niczego nowego na ekran. Ofiary zaczynają się stopniowo rozbiegać, bezskutecznie próbują przy tym wydostać się ze szponów dwójki szaleńców, a oni sami w zasadzie nie robią przez dłuższy czas nic szczególnego. Akcja nabiera tempa dopiero w chwili, kiedy do drzwi puka przyjaciółka ofiar, wpadając na własne życzenie w sidła dewiacji i tyranii. Wtedy to ujrzymy słynną scenę, która spowodowała, że obraz znalazł się na liście filmów zakazanych w Wielkiej Brytanii, którą również nachalnie cenzurowano by obraz mógł ostatecznie trafić w obieg i zaistnieć na rynku wideo i DVD. Mowa tutaj o erotycznych zabawach z lśniącym skalpelem, drastycznie kaleczącym mlecznobiałe ciało złotowłosej dziewicy. Fani gore nie będą mimo wszystko specjalnie oczarowani tym widokiem. Ekranową nudę do pewnego stopnia stara się zrekompensować muzyczna aranżacja Riza Ortolani’egi – znakomitego włoskiego kompozytora, który przykładowo stworzył niezapomniany motyw przewodni do „Cannibal Holocaust”. To jednak niestety niewiele w dobie sporej bierności akcji.
Kto Deodato zna tylko z kanibalistycznej strony, powinien z pewnością sięgnąć po „The House on the Edge of the Park”. Zachęcam również do zapoznania się z innymi tytułami reżysera, który ma dość złożoną filmografię. Ruggero próbował sił w kinie ludożerców (The Last Cannibal World), slasherze (Body count), drastycznej przygodówce (Cut and Run), erotycznym thrillerze z naszą Kasią Figurą (The Washing Machine) czy hybrydzie horroru i dramatu (Off Balance), gdzie można go poznać z bardziej ambitne strony. Sympatyków kina eksploatacji spod znaku rape & revange odsyłam mimo wszystko do innych tytułów: „The Last House on The Beach”, „Ms. 45”, czy „Night Train Murders”, nie wspominając już o innych żelaznych klasykach. „Dom na skraju parku” to po prostu drobny element uzupełniający łańcuch wiedzy o podgatunku. Podgatunku, który w moich oczach posiada znacznie ciekawszych reprezentantów.