Filmy
(Świeża krew Hollywoodu)
Scenariusz: James Shyman
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1988
Joe Balogh
Martie Allyne
Francine Lapensée
Od zawsze intrygowały mnie obskurne, zapomniane przez widzów tytuły, które można spotkać już w zasadzie tylko na kasetowym nośniku. „Świeżą krew Hollywoodu” nie można nazwać filmem ani ogólnie rozpoznawalnym, ani udanym, ani też łatwo dostępnym. Penetrując więc wideotekowe regały rozglądnijcie się za dystrybucją Muvi. Ciekawy tytuł wraz z pomysłowo zaprojektowaną okładką (której skan wisi przy moim tekście) z pewnością zachęcą Was do sięgnięcia po obraz. Szkoda tylko, że właściwa zawartość nie jest już tak atrakcyjna jak jej chwytliwa dla oka otoczka…
Grupa studentów szkoły filmowej wybiera się wraz ze swym wykładowcą do domku położonego z dala od miejscowego zgiełku. Tam bawią się i uczą jak w przyszłości podbić Hollywood i zostać światowej sławy aktorami. Sielanka bohaterów nie trwa jednak zbyt długo, ponieważ trzech niezidentyfikowanych morderców rozpoczyna krwawą grę w kotka i myszkę.
„Świeżą krew Hollywoodu” ciężko jednoznacznie wpisać gatunkowe ramy, ponieważ zawiera w sobie wiele zbieżności. Autorzy najzwyczajniej gubią się w swoich pomysłach, przez co trzech żądnych krwi osobników jest równocześnie zjawami, jak i mężczyznami z krwi i kości (scenariusz raz stara się usilnie wmówić widzą to, że mordercy są duchy, by później wspomnieć o fakcie że ich ciał nigdy nie odnaleziono). Biorąc pod uwagę obie sprawy, usytuowanie oraz rozwój akcji otrzymujemy hybrydę ghost story oraz pełnokrwistego slashera. Wątpię jednak by nawet zatwardziali zwolennicy obu form w jak najbardziej obskurnej postaci byli zadowoleni tym około 80 minutowym absurdem. Bo jak inaczej można nazwać fakt, że filmowi bohaterowie którzy swą przyszłość wiążą ze Stolicą Gwiazd, to kompletni amatorzy bez najmniejszej iskry talentu. Na tę myśl rzuca mi się tylko jedno słowo – paranoja. Jako sympatyk filmów klasy B wiem, że aktorstwo najczęściej sprowadza się do kiepskich (często wręcz nonsensownych) dialogów, eksponowania kobiecych uroków czy irracjonalnych zachowań prowadzących ofiary pod ostrze noża. Częstokroć bohaterowie są po prostu pretekstem do prezencji wymyślnych scen w sosie gore. W recenzowanym filmie niestety nie są oni eliminowani ani w krwawy, ani tym bardziej interesujący sposób. Zatem widzowie, którzy lubią niskobudżetowe straszaki ze wskazaniem na ostre sceny morderstw będą z pewnością rozczarowani.
Myślę, że „Świeża krew Hollywoodu” to tytuł na tyle słaby, że nie ma zasadniczo większej potrzeby by się nad nim rozpisywać. Recenzja powstała tylko ze względu na jego zapomnienie, choć starsi horrorfile mogą pamiętać go z wideotekowych regałów. Nie polecam go zatem żadnym prawdziwym fanom ekranowej grozy, a w ostateczności swoistym masochistom/masochistkom.