Filmy
(Wzgórza mają oczy)
Scenariusz: Wes Craven
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1977
Muzyka: Don Peake
Robert Houston
Martin Spear
Dee Wallace-Stone
Wes Craven to postać bardzo znana wśród populacji osób pasjonujących się ekranową makabrą, która mimo wszystko na miano "Mistrza Grozy" z całą pewnością nie zasługuje. Co prawda, reżyser miał znakomity start w postaci szokującego jak na owe czasy „Domu po lewej stronie”, lecz z biegiem lat jego produkcje oddalały się w stronę wyznacznika PG-13. Spore kontrowersje wywołały „Wzgórza mają oczy” będący swego rodzaju odpowiedzią na hooperowską „Teksańską masakrę…”, które doczekały się remaku przysłaniającego pierwowzór. Pytanie tylko brzmi czy słusznie?
Rodzina Carterów przemierza pustynne strony Kalifornii. Po drodze zatrzymują się oni na stacji benzynowej, której właściciel poleca im krótszą, znacznie urozmaiconą pod względem widoków trasę. Po zatankowaniu pojazdu obierają oni kurs na wyznaczoną drogę, gdzie dochodzi do wypadku i nieprzewidzianego postoju. Nikt z członków rodziny nie domyśla się, że każdy ich nawet najmniejszy ruch jest obserwowany przez wygłodniałych mieszkańców górzystych terenów…
Jak już wcześniej wspomniałem obraz jest swoistą odpowiedzią na 3 lata wcześniej szarżującą rodzinkę kanibali z „TCM”, i pomimo że cravenowska wizja nie jest tak znakomita jak Hoopera, to posiada w sobie coś, co pewną społeczność fanów grozy przyciąga. Zdeptany, posiniaczony i obrzucany błotem pierwowzór został zastąpiony nowiuśkim, efektownym remakiem Alexa Aji, zostawiając tym samym oryginał w zapomnieniu, by czas odcisnął na nim swe piętno… Nie dla mnie! Sądzę, że Wes stworzył bardzo dobrze nakręcony, nieestetyczny survival, posiadający znakomity klimat osaczenia typowej amerykańskiej rodziny przez stado kanibali, zupełnie jak w programach z cyklu Animal Planet, gdzie drapieżcy polują na swe ofiary. Pustynne plenery owiane nawałami piasku i brudu, w których słońce sprawiło, że wokół nie ma ani kropli wody a temperatura w dzień osiąga olbrzymią wysokość, aby w nocy gwałtownie spaść, są wymarzoną scenerią dla filmu grozy, którego potencjał wykorzystano w znacznym stopniu. Swoje apogeum strachu obraz osiąga w momencie przedstawienia brutalnej, ale również wzruszającej historii wyjaśniającej genezę ludożerców, która wyznacza celny cios w str. Rządu Stanów Zjednoczonych, podświadomie go osądzając za zaistniałą sytuację.
Charakteryzacja antropofagów nie jest nazbyt wymyślna, lecz przysłania ją ich brutalność wobec bezbronnych ofiar. Pojęcie ludzkości zostało zdominowane zwierzęcym popędem i zaspokojeniem elementarnej potrzeby, przez co Carterowie stali się po prostu niczym więcej niż pożywieniem. Na specjalne wyróżnienie zasługuje kreacja Michaela Berrymana dzięki której aktor otrzymał nominację do Saturna (dla niewtajemniczonych są to nagrody przyznawane przez Academy of Science Fiction, Fantasy & Horror Films dla tychże gatunków), pojawiający się także w kolejnej części, a jego wizerunek stał się można rzec kultowym. To zabawne, ale jego osoba miała również drobny epizodzik w pełnometrażowej komedii „Dziewczyna z komputera”, gdzie jego charakteryzacja wcale nie odbiegała od tej z „HHE”. Wracając jednak do okrucieństwa kanibali, to spotkamy tutaj zaledwie dwa efekty gore(!) Prawie wszystkie mocne sceny są rozegrane poza kadrem, gdzie usłyszeć można jedynie przeraźliwe krzyki bohaterów w stanie agonii, lecz niektórzy mogą to uznać to za walor, ponieważ otwiera się wtedy podświadomość widzów na to, co mogą przeżywać ginące ofiary. Krążą wprawdzie plotki, że film został znacznie pocięty aby mógł trafić do kin, więc być może gdzieś znajduje się wersja zawierająca znacznie więcej krwawych motywów.
Bohaterowie swoje role zagrali bardzo wyraziście i nonsensem jest zarzucenie w tym przypadku żenującej gry aktorskiej. Znakomite sylwetki wspomnianego już wcześniej Michaela Berrymana, Russ Grieve (Wielki Bob), czy starego wujcia Freddy’ego (właściciela stacji benzynowej) są mocną stroną nieschludnego obrazu, któremu jeszcze większy klimat dodaje oglądanie go na nośniku VHS (Dystrybucja: Best Film). Z kolei kompozytorem ścieżki dźwiękowej jest Don Peake, bardziej znany z niezapomnianego motywu przewodniego do filmu „Knight Rider”. Jego muzyczna oprawa pasuje idealnie do uczucia oblężenia bohaterów i tajemniczości tytułowych wzgórz, nadając produkcji większej surowości. Dobre wrażenie pozostawiają również pojawiające się czworonogi: Piękna (o rzeczywistym imieniu Flora) i Bestia (Striker) które pełnią tutaj bardzo istotną rolę. Co ciekawe, w jednej ze scen użyto zwłok prawdziwego psa.
Mam nadzieję, że tymi słowami rozwiałem Wam wszystkie wątpliwości o tym tytule uważanym przeze mnie za bardzo dobry, niektórymi kwestiami nawet znacznie przewyższającymi remake. Wizji Aji brakuje przede wszystkim tak niepokojącego klimatu, ponieważ jest ona dopieszczona pod względem technicznym prawie do granic możliwości, co samo w sobie ma przez to kilka zalet. Są to przede wszystkim pokaźne elementy gore, z których Craven musiał niestety zrezygnować, czy kilka efekciarskich sunięć kamerą. W mojej osobistej skali oceniania nową odsłonę „Wzgórz…” postawiłbym co najwyżej obok pierwowzoru, tym samym polecając obie wersje!