Filmy
Scenariusz: Eric Stanze
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1999
Muzyka: Brian McClelland
D.J. Vivona
Jason Christ
Tommy Biondo
Współczesne kino grozy potrzebuje takich ludzi jak Eric Stanze – ten ambitny twórca zadebiutował w roli reżysera w 1994 r. uwielbianym przeze mnie horrorem „Savage Harvest”, jednak na jego kolejny obraz trzeba było czekać aż pięć lat. Wreszcie w 1999 r. światło dzienne ujrzał „Ice from the Sun”, film potwierdzający umiejętność Stanzego do optymalnego wykorzystywania stosunkowo niewielkich środków. Patrząc na całokształt tej nietypowej produkcji przyznać trzeba, iż nie jest to obraz na miarę wspomnianego „Savage Harvest”, lecz pod pewnymi względami przewyższa on historię o Retlawkoobie i jego demonach. Ale po kolei …
Samobójcza śmierć nie okazuje się dla Alison końcem drogi życiowej. Po podcięciu sobie żył jej dusza trafia przed oblicze anioła, który opowiada jej niezwykłą historię. Wieki temu czarownik imieniem Ambolin zdarł ze słońca pokrywę lodową, tworząc swój własny, mroźny świat. Wychował on też ucznia, człowieka imieniem Abraham, który obecnie rządzi pokrytym lodem wymiarem jako Obecność. Co kilka lat zabija on sześć ofiar, a jego działania czynią go wrogiem zarówno Nieba, jak i Piekła. Ponieważ jednak ani aniołowie, ani diabły nie mogą się wybrać osobiście do alternatywnej rzeczywistości, wysyłają tam Alison z misją położenia kresu terrorowi Obecności.
Mimo iż zarys fabularny przybliża film do gatunku fantasy, to jednak Stanze po raz kolejny uczynił jego kluczowym elementem sceny gore. Do ich wykonania zaangażowani zostali Tommy Biondo i Tony Bridges, znani nam już z pracy przy efektach specjalnych do „Savage Harvest”. Swoją robotę wykonali znakomicie – dekapitacja, rozpuszczająca się głowa (niemal kopia sceny z finału filmowego debiutu Stanzego) czy zmasakrowane zwłoki to tylko niektóre z krwawych atrakcji jakimi będziemy mogli się sycić. Oczywiście, nie sposób przyciągnąć uwagi widza przez 116 minut (bo aż tyle trwa „Ice from the Sun”) jedynie sekwencjami gore, toteż Stanze oferuje nam znacznie więcej. Zobaczymy charakterystyczne dla tego oryginalnego twórcy zabawy z kolorystyką oraz sceny pobrzmiewające nutką surrealizmu, ale największe wrażenie robi D.J. Vivona jako The Presence. Wierny współpracownik reżysera kapitalnie wcielił się w rolę czarnego charakteru, tworząc kreację wyraźnie wzorowaną na Pinheadzie Douga Bradleya – podobny sposób poruszania się, strój oraz przydługie przemówienia. Nieco zawiedli inni aktorzy, gdyż momentami ich gra stoi na niskim poziomie, nawet jak na niskobudżetową produkcję.
Muzyka w „Ice from the Sun” jest dość nierówna – od sprawiających całkiem niezłe wrażenie elektronicznych motywów, poprzez raczej przeciętne utwory rockowe aż po zupełnie dziwaczne elementy. W efekcie warstwę dźwiękową filmu naprawdę trudno jednoznacznie, a co dopiero obiektywnie ocenić. Bez wątpienia to nie ona jest jednak w obrazie Erica Stanze najważniejsza.
Nade wszystko trzeba podkreślić wspomniane już przeze mnie surrealistyczne elementy „Ice from the Sun”. W wielu scenach obserwujemy pozbawione dialogów sekwencje, których sens ciężko odgadnąć, a nowi bohaterowie pojawiają się niczym asy z rękawa. Tricki z kolorystyką dodatkowo powiększają zamieszanie, w którym widać jednak wyraźny cel reżysera. Trudno mi powiedzieć, czy świadomie użytym środkiem do jego osiągnięcia jest także praca kamery – ta jest bowiem niesłychanie nerwowa, momentami trudno cokolwiek zobaczyć, a wątpię, aby umiejętności kamerzysty stały na aż tak niskim poziomie.
Komu przypadły do gustu inne horrory Erica Stanze bez wahania może sięgnąć także i po „Ice from the Sun”, jest to bowiem interesujące, krwawe i ciekawie nakręcone widowisko. Jego walory doceniono na festiwalu w Nowym Jorku w 2000 r., kiedy to film uzyskał kilka nagród (jedna z nich przypadłą D.J. Vivonie za rolę The Presence). Co prawda zwolennicy ugładzonego, hollywoodzkiego horroru nie mają tu raczej czego szukać, ale każdy łaknący poszerzenia horyzontów i prowadzenia nowych poszukiwań horrormaniak powinien omawiany obraz obejrzeć – to produkcja naprawdę niecodzienna i nieszablonowa.