Filmy
Scenariusz: Jonathan Glassner
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1992
Muzyka: Tim Truman
Josie Bissett
Ashley Laurence
Mimi Craven
John Diehl
Demoniczne dzieci były swego czasu modne w kinie grozy, a reprezentowane przez nie filmy, takie jak leciwe „Omen” czy „Egzorcysta”, na stałe trafiły do horrorowego kanonu. Twórcy powstałego w 1992 roku „Mikey’ego” chcieli chyba stworzyć film w podobnym tonie, jednakże z ambitnych zamiarów niewiele wyszło, bowiem na etapie produkcji wyłożyli się jak dłudzy, pociągając za sobą swoje dziecko.
Dziewięcioletni Mikey jest adoptowanym dzieckiem, sprawiającym sporo problemów swoim opiekunom. Jak na swój wiek jest nad wyraz inteligentny, toteż gdy przyszywana rodzina – rodzice i siostra – załażą mu za skórę, likwiduje ich bez mrugnięcia okiem. Matce funduje kąpiel z suszarką, nieumiejącej pływać siostrze kąpiel w basenie, zaś ojcu mecz baseballu, w którym za piłkę robi głowa opiekuna. Policjanci oczywiście nie podejrzewają dziewięciolatka o dokonanie tak brutalnej zbrodni, toteż trafia on do domu dziecka, zaś stamtąd do następnego małżeństwa (warto wspomnieć, że jego kolejną matką zostanie sama pani Wesowa Craven). Póki nikt nie zdenerwuje Mikey’ego, wszystko jest w porządku, ale gdy sprawy zaczynają układać się nie po jego myśli, chłopiec zaczyna ponownie rozważać trick z suszarką...
„Mikey’ego” po raz pierwszy oglądałem w pierwszej połowie lat 90., kiedy w domu znalazła się kaseta VHS z kopią tego filmu. Wtedy wydawał mi się on produkcją niezłą, jak zresztą prawie wszystko, co zakrawało na horror. Gdy sięgnąłem po nią teraz, w roku 2009, wspomnienie z dzieciństwa pękło niczym mydlana bańka, okazuje się bowiem, że jest to film nad wyraz słaby. Przede wszystkim, mimo przyczepianych mu etykietek, trudno uznać go za horror, to raczej thriller z elementami dramatu rodzinnego. Może i pojawiają się sceny mające trzymać widza w napięciu, jednakże kompletnie nie spełniają one swojej roli. Film ogląda się bez emocji, zaangażowania – akcja brnie do przodu, zaś widz biernie ją obserwuje. Przypuszczam, że ci, którzy obejrzą go po raz pierwszy, po paru minutach bez większych problemów domyślą się zakończenia. Chociaż Mikey dokonuje kilku krwawych morderstw, zrealizowane są one bardzo oszczędnie i, co tu dużo mówić, miernie.
Największą bolączką omawianego tworu jest beznadziejny scenariusz, przy pisaniu którego scenarzysta wyszedł zapewne z założenia, że widz wykaże się wyrozumiałością i przymknie oko na ziejące zewsząd nielogiczności. Chociaż Mikey nie ma za plecami Szatana, radzi sobie całkiem nieźle, rozumując i odczuwając nie gorzej niż człowiek dorosły, co pozwala mu odsunąć od siebie podejrzenia. Pan wybaczy, panie scenarzysto, ale nie kupuję pomysłu z dzieciakiem, który sam wpada na takie pomysły (nawet oglądanie horrorów i innych nieodpowiednich filmów nie byłoby w stanie tak go wyedukować) i udaje mu się wykiwać sześć dorosłych osób i dzielnych stróżów prawa. Położono również bohaterów, którzy zachowują się całkowicie nierealnie i głupio. O ile przez pewien czas jest jeszcze akceptowalnie, o tyle zakończenie to po prostu jedna wielka głupota, pozbawiona jakiejkolwiek logiki i sensu. Całość dodatkowo podkopuje słabe wykonanie. Muzyka jest byle jaka, prawdę mówiąc nawet się jej nie zauważa, zaś aktorstwo i zdjęcia pozostawiają wiele do życzenia. Ponownie należy wspomnieć o niedorzecznych scenach zabójstw; odnoszę wrażenie, że cały budżet (zapewne niewielki) produkcji poszedł na scenę wybuchu, więc wszystko inne okrojono do granic możliwości.
Mimo pozytywnego wspomnienia z dzieciństwa, dziś po „Mikeym” nie spodziewałem się wiele, jednakże to, co zobaczyłem, przeszło wszelkie wyobrażenia. Osoba, która zdecyduje się sięgnąć po ten film, dostanie półtoragodzinny niemrawy dramat z elementami thrillera (który w przypływie nadzwyczajnego optymizmu można nazwać pseudoslasherem), który razi słabym wykonaniem i – przede wszystkim – kompletnie beznadziejnym scenariuszem. Jeśli macie ochotę poobcować z demonicznym dzieckiem, lepiej po raz kolejny sięgnijcie po klasykę, zamiast marnować czas na tę produkcję. Albo, jeśli jesteście hardkorami, zafundujcie sobie swoje własne...