Filmy

« powrót
Dark Floors
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Pete Riski
Scenariusz: Pekka Lehtosaari
Produkcja: Finlandia/Islandia
Rok produkcji: 2008
Muzyka: Ville Riippa, Lordi
Obsada: Noah Huntley
William Hope
Philip Bretherton
Skye Bennett
Lordi

O  zespole Lordi zrobiło się w Europie głośno w 2006 roku, kiedy to kapela wygrała jarmarczną Eurowizję. Przez kilka tygodni o „demonach z Finlandii” pisały polskie gazety i kolorowe magazyny, aby chwilę później o nich zapomnieć. Pozostała jednak garstka fanów zespołu, sporadycznie wspomina się o nich w gazetach dla półgłówków typu „Bravo”. W rodzimej Skandynawii popularność zespołu jednak nie maleje – Lordi wydaje kolejne płyty, często gości w tamtejszych magazynach, zaś w lutym 2008 roku na ekrany fińskich kin trafił „Dark Floors” – film wymyślony przez członków kapeli, specjalnie dla nich stworzony.

Rzecz dzieje się w szpitalu, w którym przebywa Ben i jego autystyczna córka Sarah. Podczas badania tomografem dziewczynka powtarza w kółko te same słowa – „Nie, tylko nie kolejny raz”. W pewnym momencie dochodzi do awarii urządzenia, która szybko zostaje naprawiona. Ben, mając dość – jego zdaniem – opieszałości i nieprofesjonalizmu lekarzy, postanawia zabrać Sarę do innego szpitala. Chcąc opuścić budynek, wsiada z córką do windy, w której znajduje się kilka innych osób. Niespodziewanie znów dochodzi do awarii – winda na chwilę się zatrzymuje. Gdy Ben i pozostali znajdujący się w niej ludzie wychodzą, stwierdzają, że szpital jest całkowicie opustoszały. Schodząc w dół na coraz niższe poziomy budynku odkrywają, że stało się w nim coś niedobrego. Każde kolejne piętro wygląda bardziej obskurnie i nieprzyjemnie, zaś w szpitalnym kompleksie dochodzi do dziwnych wydarzeń. Szwankuje elektronika, czas przestaje biec, a bohaterowie zdają się być w kilku miejscach jednocześnie. Największym ich problemem jest jednak kilka demonów, które wymordowały wszystkich ludzi w budynku, teraz polując na jedynych pozostałych przy życiu. Zdaje się, że jedynymi osobami, które mają pojęcie o tym, co zaszło w budynku, są Sarah i stary Tobias, dziwaczny pacjent szpitala.

Gdy zacząłem oglądać film, nie bardzo wiedziałem, czego się po nim spodziewać. Przypuszczałem, że produkcja mająca na celu promocję średniej grupy muzycznej raczej nie okaże się rzeczą, którą warto zaprzątać sobie głowę. Niemałe było więc moje zdziwienie, gdy przekonałem się, że twórcy powoli ale sukcesywnie budują odpowiednią atmosferę i klimat, przez co „Dark Floors” z każdą chwilą oglądało się coraz przyjemniej. W pewnym momencie, w scenie awarii windy i chwilę po niej, klimat zaczął trochę siadać, aby następnie znów powrócić. Tak było jeszcze przez kilka minut, później bowiem szlag trafił całą atmosferę i urok filmu. Wszystko zaczęło się z ekranowym debiutem Awy, członkini Lordi, która zagrała demona zwanego Królową Krzyku. Muzycy zagrali w filmie w swoich estradowych kostiumach, przez co „Dark Floors” kompletnie zatraciło atmosferę grozy. Pojawienie się kolejnych potworów nie straszy, a raczej wywołuje na twarzy uśmiech politowania. Członkowie zespołu są mniej przerażający od osoby, która podczas oglądania filmu zajdzie nas od tyłu, krzycząc przy tym głośno „bu!” Smutna prawda jest taka, że ci, dla których ów film został stworzony, sprawili, że to, co udało się osiągnąć reżyserowi, kompozytorowi, aktorom i autorowi zdjęć, cały ten misternie tkany klimat osaczenia i powoli rodzącej się paranoi, w jednej chwili prysnął niczym bańka mydlana, aby już więcej się nie pojawić. O wiele lepszym wyjściem było by „zło w czystej postaci”, jak chociażby w „Domu na Przeklętym Wzgórzu”. Nie od dziś przecież wiadomo, że sama świadomość istnienia zła, które czai się gdzieś za rogiem, jest o wiele bardziej przerażająca od jakiejkolwiek jego wizualizacji. Zwłaszcza wtedy, gdy owa wizualizacja wygląda tandetnie i nie różni się od tego, co muzycy Lordi prezentują na swoich koncertach bądź w teledyskach. Wiedzą o tym chociażby twórcy gier komputerowych – przecież to nie „Doom”, gdzie na każdym kroku znajdujemy apteczki i amunicję, a chwil wytchnienia od wyrzynania kolejnych hord beboków mamy niewiele, uznawany jest za arcydzieło komputerowego horroru. Przyspieszone bicie serca powoduje „Silent Hill” (którego aktorską wersją twórcy „Dark Floors” wyraźnie się inspirowali), gdzie często wśród głuchej ciszy przemieszczamy opustoszałe miasteczko, świadomi czyhającej na nas grozy. Wystarczy, że usłyszymy trzaski w niesionym ze sobą radioodbiorniku, aby ciśnieniomierz wskazał 400/250, wiemy bowiem, że za następnym rogiem bądź kilka metrów przed nami wśród gęstej mgły czai się jakiś przeciwnik. Momentalnie przestajemy się jednak bać w chwili, gdy musimy sięgnąć po gazrurkę bądź broń palną, aby rozprawić się z widocznym złem – groanerem czy piramidogłowym.

Brak grozy i fatalne stwory to jednak tylko jeden z grzechów „Dark Floors”. Innym poważnym niedopatrzeniem jest scenariusz. Długo nie mamy pojęcia, co tak naprawdę dzieje się w szpitalu i co jest tego przyczyną, mamy jednak nadzieję, że przed końcem seansu podana zostanie nam garść podpowiedzi bądź klarowne rozwiązanie piętrzących się zagadek. Niestety, nie otrzymujemy żadnego wytłumaczenia. W ostatnich scenach twórcy poszli śladami innych autorów grozy, starając się zaserwować widzowi coś jakby zakończenie rodem z horrorów psychologicznych, gdzie trzeba skojarzyć ze sobą odpowiednie fakty, aby poznać zakończenie. Niestety, scenarzyści sami chyba do końca nie wiedzieli, co tak właściwie miało oznaczać zakończenie. „Kluczy” pozwalających je zinterpretować w ogóle nie dostajemy – ot, potwory się pojawiły, chociaż nie wiadomo skąd i dlaczego; w szpitalu doszło do dziwnych wydarzeń, też nie wiadomo dlaczego; pod koniec zaserwowano nam serię zagmatwanych scen, które jednak nie łączą się w logiczną całość. Przypuszczalnie chodzi o autyzm Sary, być może sama wykreowała sobie taki świat bądź wszystko to przeżyła w swojej głowie? Zaprawdę nie wiem, próba ogarnięcia tego wszystkiego przypomina próbę zrozumienia wypowiedzi niektórych naszych polityków.

„Dark Floors”, bez wątpienia inspirowany udanym filmowym „Silent Hill”, miał potencjał, aby stać się intrygującym i klimatycznym horrorem. Prawie się to udało, ale, jak wiadomo, „prawie” robi wielką różnicę. Film podsumować mógłbym tak: zamiast poświęcać mu osiemdziesiąt cztery minuty życia, lepiej obejrzeć teledysk do „Hard Rock Hallelujah” (cztery minuty), realia szkolne zastępując szpitalem i dorzucając przedstawioną powyżej fabułę. Poziom scenariusza i grozy w filmie i teledysku są jednakowe, więc zaoszczędzone osiemdziesiąt minut można spożytkować lepiej, np. pójść na piwo czy pobaraszkować z dziewczyną/chłopakiem.

data: 18:43; 03 listopada 2009     autor: Jacek „Pottero” Stankiewicz

Copyright © Horrormania.pl 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone
realizacja: kmatuszewski.com

porady finansowe | nieruchomoœci suwałki | strzyżenie | Dzwonki |