Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Artykuły

« powrót
Horror Festiwal (2009) – relacja 00:00; 01 stycznia 2010

Horror Festiwal powoli staje się w naszym kraju tradycją. Już od 3 lat pod koniec października w sieci kin Mulnikino oraz Silver Screen polscy widzowie mogą obejrzeć przegląd najciekawszych filmów grozy ostatnich miesięcy. Jest to bez wątpienia największa tego typu impreza w kraju nad Wisłą, a o tym, że w ostatnim czasie horror staje się u nas coraz bardziej popularny, świadczą choćby nocne maratony, nawet w tych najmniejszych, prywatnych kinach. Co prawda nie są one w stanie dorównać popularności horrorfestiwalowego szaleństwa, choć i niektórzy podchodzą do niego z przymrużeniem oka. Poprzednie edycje nie obyły się bez komplikacji: w kilku kinach zabrakło okularów trójwymiarowych, były problemy z wydaniem wygranych biletów, czy w końcu drastycznie zmieniano repertuar, nawet w ostatniej chwili. Tegoroczny HF miał być dopięty na ostatni guzik, pojawiły się informacje, że zdobył zainteresowanie za granicą i zapewniano, że prezentowane filmy nie ulegną zmianie...

Dzień 1 — 22 października (czwartek)

Przeglądając repertuar na dzień otwarcia III edycji święta grozy, łatwo można było domyślić się, dlaczego frekwencja krakowskiego Multikina zachwyca. No cóż, dla zainteresowanych przedpremierowym pokazem „Piły VI” była to noc obowiązkowa. Zwabieni kolejnymi wyszukanymi scenami śmierci kinomani zalali większość miejsc na widowni. Fenomen tej serii jakoś nigdy do mnie nie przemawiał, toteż z rezerwą przyglądałem się napalonym gromadkom, które zażarcie dyskutowały o tym, jaki to film nie będzie mocny, krwawy, co nowego przyniesie, i wyrażały wszelkiego rodzaju „achy” i „echy” z seansem związane. Tegoroczną imprezę otworzył „Diagnosis: Death”, wyświetlany zamiast francuskiego „Humains”, który niestety wypadł z menu. Jak tłumaczyli dyrektorzy programowi, pojawił się problem z jego dystrybucją. Wielka szkoda, ponieważ według mnie był on jedną z najmocniejszych stron trzydniowych pokazów. Mimo tego postanowiłem dać szansę nowozelandzkiemu tytułowi, który reklamowany był jako swoista spuścizna wczesnych filmów gore Petera Jacksona. I zapewne gdyby nie jego promocja, rozczarowanie byłoby mniejsze. Początkowe dokonania Jacksona okazały się być nie do podrobienia dla nie mającego niestety wiele doświadczenia Jasona Stuttera. Jego „Diagnosis: Death” to głupkowata historia bez większego polotu, przesiąknięta niewyszukanym humorem oraz grozą w najgorszym wydaniu. Owszem, film w jakimś stopniu był całkiem lekkostrawną rozrywką, co zwiastował echem odbijający się śmiech, lecz osobiście uważam go za mierną pozycję, tym bardziej, że w repertuarze dnia trzeciego mieliśmy stokroć lepszy „My Name is Bruce”. Równie dobrze on mógłby otworzyć zabawę ze znacznie lepszym skutkiem. Takie tytuły jak „Zły smak” czy „Przerażacze” nie znalazły swojego odbicia w produkcji Stuttera, a to do nich przecież nawiązywała głośna reklama zamieszczona w internetowym magazynie „Suite101” („Fani horroru znający wczesne filmy Petera Jacksona, takie jak „Bad Taste” czy „Frighteners”, będą się tu świetnie bawili”). Choć dla przeciętnych widzów „Diagnosis: Death” okazał się całkiem przyjemnym przeżyciem, dla mnie ociekał tandetnymi jump scenkami, kiepskimi efektami CGI oraz przeszywającą przewidywalnością.

Po, subiektywnie rzecz ujmując, mizernym openingu, z niecierpliwością czekałem na pokaz dziewięciu krótkometrażowych filmów, nowego rozwiązania na arenie Horror Festu. Obawy przed tym, jak wypadnie projekcja shortów, były co prawda duże, ale ze względu na fakt, że bardzo lubię krótkie metraże, był to dla mnie najistotniejszy element czwartkowej nocy. Na pierwszy ogień poszedł „Head to Love”, oparty na motywach kapitalnego opowiadania Łukasza Śmigła i Kazimierza Kyrcza Jr. pt. „Głowa do kochania”. Pomimo iż filmowi raczej ciężko było doścignąć jego literacki odpowiednik, to zostawił on po sobie miłe wrażenie. Ciekawostką jest, że zdjęcia były kręcone w Krakowie, w produkcji wzięła udział również polska ekipa, a na czwartkowym pokazie w krakowskim multipleksie pojawił się sam reżyser, Van Kassabian z żoną, Anną Dybą. Równie przyjemne wrażenie pozostawił po sobie następny w kolejności film: „Noc chomików z piekła rodem” („Night of the Hell Hamsters”) Paula Campiona, który zachwycił przede wszystkim nawiązaniami do klasyków grozy oraz kompletnie luzackim podejściem do tematu. Zresztą, tego można było się spodziewać już po samym tytule, z góry sygnalizującym, że publiczności przyjdzie spotkać się z mrugającą do nich na wszystkie możliwe sposoby, niskobudżetową historią. Także i kolejny tytuł reżysera okazał się być miłym zaskoczeniem, choć w tym wypadku przede wszystkim pod względem wizualno-estetycznym, bowiem jego „Kobieta węgorz” („Eel Girl”) to niezwykle apetyczne dla zmysłów dzieło, pomimo niezbyt wyszukanego zakończenia. Każdy kolejny i następny short zaskakiwał coraz bardziej. „Wirtualne randki” („Virtual Dating"), czyli mój numer jeden ze wszystkich krótkometrażówek, to feministyczna opowieść o kobiecie, która postanowiła spędzić noc z syntetycznym kochankiem. Po romantycznej kolacji, płomiennej grze wstępnej i namiętnym stosunku, cyborg dostaje szału i zaczyna masakrować bezbronną ślicznotkę („najpierw cię zerżnę, później zabiję, a potem znów zerżnę”). Świetnie zrealizowana, mocna i uszczypliwa dla męskiej natury historyjka, charakteryzuje się kapitalnym finałem, zadającym facetom z widowni ostatecznego, bolesnego kopniaka między nogi. „Welgunzer” z kolei zaskakiwał swoją czasoprzestrzenną konstrukcją i obnażał katastrofalne skutki przenoszenia się w czasie, a „Das Zimmer” został wyróżniony przez jury „za przemyślaną, konsekwentną wizję rzeczywistości, która zachowuje dyskretny posmak surrealizmu”. „Moja miłość mieszka w kanałach” („Mavela”) był kontrowersyjnym filmem, który ostatecznie zamknął przegląd krótkometrażówek. Obraz opowiadał o mężczyźnie uprawiającym seks przez sedes z kanalizacyjną dziwką. Miejscami zabawny, czasami nieco odpychający czy wprawiający w zakłopotanie męskie ego, był różnie odbierany przez widownię. Osobiście film potraktowałem jako ciekawostkę, podobnie zresztą jak animowaną „Tratwę” („Das Floss”) czy hiszpańskiego „Stróża brata mego” („Brother’s Keeper”), który nawoływał do wyczyszczenia świata z puszczalskich ulicznic.

Przed premierą szóstej części „Piły” miejsca dodatkowo obsiedli ludzie, którzy ni z tego, ni z owego znaleźli się w kinie. Czegoż w końcu nie zrobi się dla swojego filmowego ulubieńca? Choć według mnie seria to zwykły tasiemiec, bazujący na sukcesie „jedynki”, a jej ostatnie części pożerają swój ogon, „Piła VI” o dziwo zaskoczyła swoim fabularnym urozmaiceniem. Niestety, teledyskowy montaż sprawiał, że ciężko było się do niego dogryźć. Producent Marg Burg wspominał, że „film będzie też dużo brutalniejszy niż poprzednie pięć części”. Oczywiście, pomijam już fakt, że każda kolejna odsłona tej niekończącej się historii jest reklamowana w ten sposób, ale biorąc pod uwagę sceny, które oferowała „Piła VI”, po raz kolejny daliśmy się nabrać na tani chwyt marketingowy. Skaczące na wszystkie możliwe sposoby kadry skutecznie tuszują wszelkie okropieństwa, którymi mógłby się film pochwalić. Mimo tego, ciężko jest zanegować fenomen Jigsawa, który z roku na rok przyciąga do kin niewyobrażalne masy osób. Co jednak ciekawe, zjawisko „piłożerców” powoli przechodzi już do historii o czym świadczy tegoroczny amerykański box-office, który zdominował hucznie reklamowany nazwiskiem samego Spielberga „Paranormal Activity”. Czyżby nadchodził zmierzch „Piły”, która jak dotąd z roku na rok święciła triumfy oglądalności? Oby...

Dzień 2 — 23 października (piątek)

Znacznie mniejsza frekwencja drugiego dnia w krakowskim Multikinie dała się wyczuć gołym okiem. Oczywiście skoro w harmonogramie pokazów nie było żadnej z „Pił”, zabrakło napalonych nastolatków, którzy z wypiekami na twarzy oglądaliby moralizatorskie wypociny Jigsawa. Poniekąd to dobrze, choć i tak kino nie stroniło od głupców, których zachowanie sprawiało, że seansem ciężko było się w pełni rozkoszować. Piątkową noc makabry otworzyła fińska „Sauna” („Filth”), która zdobyła nagrodę główną tegorocznej imprezy – statuetkę Złotej Czaszki „za nową próbę realizacji horroru w niecodziennej, historycznej scenerii, z zachowaniem ponadczasowej konwencji”. Do tego, że horror Antti-Jussiego Annili jest pozycją, na którą bezwzględnie warto jest zwrócić uwagę, przekonuje także nasza piekielnie wampowata redaktorka Agnieszka Mazur w swojej recenzji, czy fakt, że w Brukseli film otrzymał nagrodę publiczności.

Po klimatycznej inauguracji dnia drugiego, przyszedł czas na „Otwarte groby” („Open Graves”), czyli kalkę największych banałów, jakimi odznacza się „Oszukać przeznaczenie” oraz „Jumanji”. Młodzieżowy horror, w którym pokładałem spore nadzieje, w rzeczywistości okazał się być kiepską przestrogą dla nastolatków, wypełnioną totalnie nieudanymi efektami CGI, sztampowym scenariuszem i miernym aktorstwem. W ręce grupy przyjaciół przez przypadek wpada tajemnicza gra, w którą oczywiście bohaterowie postanawiają któregoś upiornego wieczoru zagrać. Okazuje się jednak, że nie jest to typowa planszówka, bowiem pułapki, na które trafiają gracze, mają swoje odniesienie w rzeczywistości. Pytanie teraz, czy uda im się oszukać czyhającą na nich śmierć? Oczywiście nie trudno się domyślić, że nie wszystkim spośród tej gromadki. „Otwarte groby” niczym nie zaskoczą współczesnych kinomanów, którzy mają jako takie obeznanie w gatunku. Gwoździem do trumny tego amerykańskiego straszaka było w ostateczności banalne zakończenie, przewidywalne i naciągane aż do bólu. Krakowska publiczność przyjęła zatem film różnie. Jednym podobało się fabularne echo „Oszukać przeznaczenie” oraz „Jumanji”, inni, podobnie jak ja, z kwaśną miną wyszli na zewnątrz by pooddychać świeżym powietrzem bądź zapalić papierosa.

Czwartkowy pokaz zamknęły włoskie „Wizje” („Visions”), które wielu światowych krytyków wiązało z pojęciem giallo, nawiązując tym samym do tradycji filmów Daria Argento. Mówiąc szczerze, z wielką męką dotrzymałem do końca tej piekielnie nużącej historii i nie doszukałem się w niej żadnego pogłosu produkcji włoskiego mistrza. Samo śledztwo, nawiązania do „Piły” czy tytułowe wizje słodko kołysały mnie to snu. Aż wstyd się przyznać, że przeziewałem seans pełną gębą. Mówiąc szczerze, gdyby nie „Sauna”, ten dzień spokojnie można by było sobie odpuścić i zamiast do Multikina, udać się na krakowski rynek, który co wieczór jest synonimem ostrej balangi do białego rana.

Dzień 3 — 24 października (sobota)

Ostatni dzień tegorocznego przeglądu wydawał się być najciekawszy. Po obejrzeniu trailerów i przeczytaniu całkiem pochlebnych opinii na temat wyświetlanych filmów, miałem nadzieję, że dwa pierwsze, jakże niestety przeciętne dni, zostaną wynagrodzone piątkowym pokazem. Seans rozpoczął się tym razem nie o 20:00, lecz punktualnie o 22:00. Nieliczna widownia sugerowała, że tym razem na salę przyszli zaprawieni w bojach maniacy grozy. Wielu widzów pojawiło się w filmowych koszulkach i toczyło zażarte dyskusje na temat klasyków kina czy produkcji offowych. Jak się później okazało, ilość osób wydawała się być tak mała, ponieważ seanse rozbito na dwie sale: główną i mniejszą, bardziej kameralną. Piątkowy wieczór grozy otworzył australijski „Wymierający gatunek” („Dying Breed”), survival horror czerpiący garściami z pokrewnych podgatunkowi produkcji. Fabuła ma się następująco: czwórka przyjaciół zafascynowanych kryptozoologią postanawia wyruszyć w tasmańskie puszcze, mając nadzieję na sfotografowanie owianego mitem tasmańskiego tygrysa. Niestety, ich wyprawa nie kończy się zbyt dobrze, gdyż padają ofiarą maniakalnych kanibali. Prawdę powiedziawszy, „Wymierający gatunek” okazał się być średnim, choć oczywiście o wiele lepszym niż zdecydowana większość wcześniejszych pozycji, filmem. Pośród obsady znajdziemy takich aktorów jak Nathan Phillips („Wolf Creek”) czy Leigh Whannell („Piła”), a olbrzymim plusem są kapitalne zdjęcia prawdziwej tasmańskiej puszczy. Dobrze, że ekipa nie postanowiła nakręcić filmu w jakimś pobliskim gąszczu. Ujęcia dzikiej przyrody stanowią świetne tło dla kilku drapieżnych scen śmierci bohaterów, z powodu których zresztą „Wymierający gatunek” zwrócił uwagę podczas różnych pokazów. Także i w trakcie polskiego Horror Festiwalu film przejęto dość ciepło. Kilka scenek zmroziło krew w żyłach, choć osobiście nastawiałem się na produkcję emanującą znacznie mocniejszym ładunkiem emocji i strachu.

Po wyprawie w leśną głuszę i zmaganiach z kanibalistyczną rodzinką, przyszedł czas na spotkanie z ikoną niskobudżetowych horrorów – Bruce’em Campbellem, gwiazdorem ponadczasowej trylogii „Martwe zło” oraz mnóstwa B-klasowych filmów grozy. Campbell, jako reżyser i pierwszoplanowa postać swojego „Nazywam się Bruce” („My Name is Bruce”), podchodzi do wszystkiego z należytym dystansem, naśmiewając się nie tylko z kiczowatych horrorów, ale również z samego siebie. Nawet fabuła nawiązuje do tradycyjnych filmów najgorszej klasy: dwójka nastolatków przez przypadek przywołuje do życia potężnego chińskiego boga śmierci Guan-di. Do walki z demonem staje nieustraszony Bruce Campbell, którego zwerbowano do akcji ratunkowej. Oczywiście głupkowaty aktorzyna sądzi, że jest na planie kolejnego horroru. Co będzie dalej, można się domyślić. Lawina kuriozalnych momentów, żartów sytuacyjnych i ciętych ripost. Campbell pokazuje, jak jego sława przemija i naśmiewa się z tytułów, w których grał niegdyś pierwsze skrzypce. Robi to w tak perfidny sposób, że nie sposób nie zaśmiać się praktycznie z każdej zainscenizowanej sytuacji. Jest pijaczyną mieszkającym w obleśnej przyczepie kempingowej, nocą dzwoni żalić się do żony, która, paradoksalnie, sypia z jego menedżerem. Co prawda niektórym widzom ciężko było przyjąć adresowany przede wszystkim do fanów horrorów film. Kilka osób opuściło salę kinową, nie rozumiejąc założenia wyświetlanej produkcji. Szkoda, gdyż świadczy to o tym, że część publiczności stanowili świeżacy w kwestii elementarnej wiedzy o gatunku. Cała reszta bawiła się znakomicie, a dla poprawienia już i tak luźnej atmosfery, od czasu do czasu ktoś piszczał udając przerażenie, gdy na ekranie pojawił się śmiercionośny Guan-di. Po projekcji na długo jeszcze rozbrzmiewała na ustach widowni zabawna piosenka country, którą można było usłyszeć podczas seansu: „Guan-Di is his name; Guan-You Guan-Me Guan-Di; Guan-Di is his name”.

„Trailer Park of Terrors” Stevena Goldmanna zamknął tegoroczną imprezę i, prawdę powiedziawszy, liczyłem, że to właśnie on zostanie triumfalnie odznaczony nagrodą Złotej Czaszki. Film jest miszmaszem wszystkiego, co najlepsze w kinie. Dramatyczny, w pełni poważny początek opowiadający o nieszczęśliwej miłości wiejskiej dziewczyny z biegiem czasu zmienia się w komedię rodem z „The Rocky Horror Picture Show”, zestawioną z „Bękartami diabła” Roba Zombiego. Goldmann raczy nas wszystkim, co najlepsze w tych dwóch filmach: wypływającym z postaci szalonej rodzinki histerycznym klimatem rodem z paranoicznego filmu Zombiego oraz mnóstwem sytuacyjnych żarcików na tle erotycznym, które mogliśmy zobaczyć w „Rockym”. A wszystko to osadzone na tle elektrycznych solówek na gitarze jednego z żywych trupów. Do tego zadziorny montaż oraz kilka bardziej drastycznych ujęć sprawiły, że film okazał się prawdziwą wybuchającą bombą. Naprawdę żałuję, że „Trailer Park of Terrors” nie został wyróżniony w żadnym stopniu, ponieważ jego konwencja na to z pewnością zasługiwała. Tak zakończył się ostatni dzień multipleksowej masakry, po której, jak co noc, udałem się na akademicką imprezę do przyjaciół.

Porównując zabawę do poprzednich edycji, w których oczywiście brałem udział, tegoroczny Horror Festiwal wypadł nieco przeciętnie. Krakowskie Multikino przy ulicy Dobrego Pasterza ani nie było niczym udekorowane, ani pomiędzy seansami nie czekała na widzów żadna niespodzianka ze strony organizatorów. W 2007 roku mogliśmy wygrać przynajmniej filmy na DVD, zaproszenia na pizzę oraz oryginalne smycze do kluczy z logo HF (szczęśliwie miałem tę przyjemność). Pocieszający jest jednak fakt, że tym razem nie było tak wielkich zmian w repertuarze. Przypominam, że w 2008 horrorowe menu drastycznie się zmieniło i to na kilka dni przed maratonem, przez co naprawdę ciekawe tytuły zastąpiono mizernymi nikobudżetowcami. Dobrze wypadł uważany przez niektórych za karkołomne posunięcie blok krótkometrażówek, dzięki któremu widzowie mogli zapoznać się z wieloma interesującymi tytułami. Werdykt również nie pozostawia większego niedosytu, choć sam typowałem inne tytuły. Tegoroczny Horror Festiwal w krakowskim Multikinie postawił kilka kroków na przód, owszem, ale na ich rzecz zapomniał o innych drobiazgach. Milowym posunięciem było uniezależnienie się od polskich dystrybutorów, a nawiązanie współpracy z zagranicznymi kolporterami, dzięki którym mogliśmy obejrzeć znakomitą „Saunę” oraz humorystyczny „Nazywam się Bruce”. Z kolei dzięki wymianom rzutników DVD, znacznie poprawiła się jakość projekcji, podchodząca pod standardy obrazu z taśmy 35 mm. Miejmy nadzieję, że w przyszłości organizatorzy zaskoczą nas czymś jeszcze, w tym przede wszystkim pod względem repertuaru, który w tym roku był zdecydowanie gorszy niż w ubiegłych latach.

autor: Miłosz „J.M” Górniak