Artykuły
Włoskie kino grozy swój rozkwit przeżywało w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych; nie powinno to dziwić gdyż w okresie tym horrory kręcone były hurtowo na całym świecie. Mówiąc o horrorze rodem z Włoch mamy przeważnie na myśli mroczne i niezwykle krwawe kryminały (giallo) lub wyeksploatowany do granic możliwości nurt kanibalistyczny. Spróbujmy się przyjrzeć tym dwóm podgatunkom nieco dokładniej...
GIALLO
Czym tak właściwie jest giallo?
Można je zdefiniować jako przesiąknięty klimatem grozy, wyjątkowo krwawy kryminał w którym najważniejsze jest ukrycie tożsamości mordercy do samego finału. Zabójca działa zazwyczaj w czarnych rękawiczkach, a do eksterminacji swoich ofiar używa możliwie jak najostrzejszych narzędzi ( z giallo kojarzona jest zazwyczaj brzytwa). Sekwencje mordowania kobiet są zazwyczaj wydłużane, a ofiara cierpi przed śmiercią nieopisane wręcz męki. Mężczyźni uśmiercani są zazwyczaj szybko. Przez tego typu zagrywki reżyserzy takich krwawych kryminałów oskarżani bywają często o seksizm. Nazwa giallo wywodzi się jeszcze od książkowych kryminałów w żółtych okładkach wydawanych właśnie we Włoszech. Za twórcę tego charakterystycznego podgatunku horroru powszechnie uważany jest Mario Bava, jeden z najwybitniejszych reżyserów kina grozy w Europie. Pierwszy film giallo to nakręcony przez wyżej wymienionego pana w 1963 roku „The girl who knew to much” spotykany również pod tytułem „The evil eye”. Bava próbował szczęścia i w innych podgatunkach kina grozy; stworzył min. horror s.f. „Terror in space” (1965) oraz dość nietypowy „Hatchet for the honeymoon” (1969) stanowiący swoiste połączenie horroru, thrillera, komedii oraz filmu fantasy. Ostatecznie jednak za jego najwybitniejsze dzieła uznawane są właśnie filmy z pod znaku giallo, że wymienię tutaj tylko „Blood and black lace” (1964) i osławiony „Bay of blood” (1971), który to w dalszej perspektywie zainspirował S. S. Cunninghama do stworzenia jednego z najważniejszych slasherów w historii kina, genialnego „Piątku trzynastego”.
Pomimo niewątpliwego wkładu Bavy jaki ten włożył w rozwój giallo bezapelacyjnie najlepszymi tego typu dreszczowcami pozostają filmy Dario Argento. Z pewnością nie mały wpływ na taki obrót spraw miał fakt, że „etatowym” współpracownikiem tegoż właśnie pana był zespół the Goblins. Doskonałe motywy muzyczne w ich przekładzie do dzisiaj pozostają jednymi z najlepszych soundtracków skomponowanych do filmów grozy. Mają w sobie nutkę tajemniczości, pomagają budować klimat i trzymać widza w napięciu, posunę się nawet do stwierdzenia, że hipnotyzują.
Debiutem Argento był mroczny thriller pod tytułem „Ptak o kryształowych piórach” (Bird with crystal plumage) z 1970 roku. Już w rok później Argento powrócił dając widzom następny znakomity thriller „Kot o dziewięciu ogonach” (Cat o’nine tails). Do obydwu tych filmów muzykę stworzył legendarny Ennio Morricone, a grupa the Goblins musiała poczekać aż do roku 1975 kiedy to skomponowali muzykę do „Głębokiej czerwieni” (Deep red) – jak się potem okazało – dzieła życia Argento. Tym razem było to już typowe giallo... brutalne sekwencje pozbawiania ofiar życia ze znakomitym podkładem dźwiękowym przerywane były scenami rozwiązywania zagadki kryminalnej przez głównego bohatera filmu, w rolę którego wcielił się świetny David Hemmings. Absolutny klasyk gatunku w dorobku włoskiego reżysera do czegoś zobowiązywał, dlatego też Argento nie osiadł na laurach i nakręcił swego rodzaju pastisz giallo „Ciemności” (Tenebrae). Film był niesamowicie krwawy, a intryga tak zmyślnie skonstruowana, że szanse na odgadnięcie tożsamości mordercy przed finałem były praktycznie zerowe. Obrazem tym Argento udowodnił również, że nie przejmuje się zbytnio tym, co sądzą o jego twórczości inni ludzie. Sekwencje uśmiercania bohaterek rozbudował do tego stopnia, że bez trudu szło w tym wszystkim wyczuć nutkę ironii. Wkrótce potem stworzył. „Phenomenę” (1984) która również została ciepło przyjęta przez fanów. W trzy lata później z pod ręki mistrza wyszedł następny klasyk – „Opera”; tym razem tajemniczy morderca uwziął się na śpiewaczkę operową i zmuszał ją do obserwowania swoich krwawych wyczynów. Zagadka kryminalna była na tyle dobra, że po raz kolejny nie udało mi się do samego końca odgadnąć kto tak naprawdę jest mordercą. Argento wielokrotnie próbował odstąpić od reguł giallo, jednak zawsze do powracał do jego konwencji ( „Trauma”, „Sleepless”). W dorobku reżysera znaleźć można jednak nie tylko tego typu filmy, że wymienię tutaj tylko jeden z najsłynniejszych włoskich horrorów – „Odgłosy” (Suspiria) z elementami fantasy i; co nie powinno nikogo dziwić; fenomenalną muzyką w przekładzie the Goblins. Jest to pierwsza część trylogii którą Argento zapoczątkował w 1977 roku, sequel zatytułowany „Inferno” światło dzienne ujrzał w roku 1980, zaś na część trzecią przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Wracając jednak jeszcze na chwilę do giallo nadmienić wypadałoby, że interesowali się tym podgatunkiem również i inni mistrzowie kina grozy. Przykładem może być chociażby próba zmierzenia się z giallo słynnego Fulciego. Mowa tutaj oczywiście o „Nie torturuj kaczuszki” (Don’t torture a duckling).
FULCI I JEGO ZOMBIE
Lucio Fulci jest jednak kojarzony głównie za sprawą filmu „Zombi: pożeracze mięsa” (Zombie flesh eaters) z legendarną już sceną pojedynku żywego trupa z rekinem. Fulci znany był z nadużywania efektów gore dzięki czemu niejednokrotnie gościł na liście video nasties (podobnie jak Argento z resztą). Obok wyżej wymienionego filmu najsłynniejszymi dziełami tego nieżyjącego już mistrza grozy są „Hotel siedmiu bram” (Beyond), „Dom przy cmentarzu” (House by the cemetery), „Miasto żywych trupów” (City of the dead) w którym reżyser ponownie powraca do tematu zombie, oraz „Nowojorski rozpruwacz” (New York ripper). Fulci słynął z umiejętności zbudowania wyśmienitego klimatu grozy. W „Hotelu siedmiu bram” zaprezentował dość nietypową wizję piekła nie zapominając o tłumach krwiożerczych zombie. Film na którym niejedni wieszali psy wytykając mu słabe efekty specjalne. Co z tego, skoro autentycznie się na nim bałem, a efekt ten tylko wzmagała fenomenalna ścieżka dźwiękowa Fabio Frizziego. Sekwencja pożerania przez pająki twarzy jednego z bohaterów filmu pozostanie mi w pamięci chyba na zawsze. Nie wolno więc zlekceważyć jego twórczości; twórczości ponadczasowej i wypadałoby się zapoznać przynajmniej z jego najlepszymi filmami, że już nic nie wspomnę o całej reszcie mniej znanych dzieł.
JOE D’AMATO... zasłużony twórca filmów grozy?
Mówiąc o horrorze rodem z Włoch nie sposób nie wspomnieć o osobie Joe’a D’amato. Większości osób może się on kojarzyć jedynie z produkcją filmów porno, ale pamiętać należy, że swego czasu spłodził on kilka produkcji które bardzo szybko okrzyknięte zostały kultowymi. Mowa tutaj oczywiście o niesławnym „Ludożercy” (Antropophagus) i jego nieoficjalnym sequelu – „Z piekła rodem” (Absurd). Obydwie pozycje zajmowały honorowe miejsce na liście video nasties, ale wyszło im to tylko na dobre gdyż wiadomo, że zakazany owoc smakuje najlepiej. George Eastman (główny negatywny bohater) wykreował postać okrutną, pozbawioną skrupułów, przerażającą. Był on z resztą później bliskim współpracownikiem D’amato i zagrał jeszcze w niejednym jego filmie. Innym równie ważnym horrorem w dorobku reżysera jest „Mroczny instynkt” (Beyond the darkness spotykany również pod tytułem Buio omega) z muzyką the Goblins. Traktuje o młodym mężczyźnie, który po śmierci ukochanej wypycha ją, aby ta została z nim na zawsze. Podobnie jak w „Ludożercy”, tak i tutaj D’amato nie stroni od wyjątkowo brutalnych sekwencji uśmiercania kolejnych ofiar (w tym wypadku tych, którzy zagrażają szczęściu głównego bohatera). We wszystkich trzech wyżej wymienionych filmach już od pierwszych minut seansu towarzyszyć wam będzie wyjątkowo sugestywny klimat grozy, stwierdzam więc niniejszym, że Joe D’amato jest zasłużonym twórcą filmów grozy. Mówiąc o nim napomnieć wypadałoby również o filmie „Emanuelle w krainie ostatnich kanibali” (Emanuelle and the last cannibals) będącym połączeniem filmu erotycznego z typowym przedstawicielem nurtu kanibalistycznego we włoskim kinie...
NURT KANIBALISTYCZNY WE WŁOSKIM KINIE
Nurt kanibalistyczny rządzi się dosyć sztywnymi regułami. Fabułę typowego przedstawiciela tego podgatunku streścić można w kilku słowach: wyprawa do amazońskiej dżungli – pojmanie przez kanibali – rzeź. Są to prędzej filmy przygodowe, a ich klasyfikowanie jako horrory wynika z faktu, iż są wyjątkowo brutalne. Rekordzista „Cannibal Ferox” został z tego powodu zakazany w 31 krajach (chyba nie trzeba nadmieniać, że znalazł się na liście video nasties?).
Na przód wysuwają się osoby dwóch reżyserów: Ruggero Deodato i Umberto Lenzi. Pierwszy z wyżej wymienionych w 1976 nakręcił „Zaginiony świat kanibali” (Last cannibals world spotykany również pod tytułem Jungle holocaust), a w trzy lata później jeden z najbardziej szokujących filmów wszechczasów, wstrząsający „Holokaust kanibali” (Cannibal holocaust). Co ciekawe na jego planie autentycznie uśmiercane były różne zwierzęta, za co reżyser miał z resztą proces sądowy. Film oczywiście od razu dostał się na listę video nasties i jest jedną z najcenniejszych pozycji na tejże właśnie liście. Jego dokumentalna forma stała się później inspiracją dla twórców uwielbianego przez wszystkich „Blair witch project”, którzy to bezczelnie ją skopiowali do swojego filmu, czemu oczywiście zaprzeczają. Lenzi stworzył wspomniany już wcześniej „Cannibal Ferox” oraz „Zjedzonych żywcem” (Eaten alive). Powstało oczywiście mnóstwo innych filmów o podobnej tematyce min. kontynuacje „Holokaustu kanibali” i „Cannibal Ferox”, „Cannibal terror” i kilka innych, jednakże z powodu dosyć sztywnych reguł gatunkowych pomysł został dosyć szybko wyeksploatowany do granic możliwości i zaprzestano kręcenia tego typu filmów.
INNE WŁOSKIE FILMY
Włoscy twórcy często sięgali również po tematykę „Nazi Exploitation”. Tytuły takie jak „Gestapo’s last orgy” czy „ SS experiment love camp” mówią chyba same za siebie. Grzechem byłoby również chociażby nie wspomnieć o takich tytułach jak „Kościół” (Church) Soaviego, „Krwawym delirium” (Blood delirium) Bergonzelliego, a także doskonałych filmach traktujących o nawiedzonych domach: „Domu śmiejących się okien” (House with laughing windows) i „Przeklętym domu” (Shunned house). Nie zaszkodzi również zaopatrzyć się w „Licznik ciał” (Body count) – całkiem niezły slasher w wykonaniu Deodato, oraz „Dom na skraju parku” (House on the edge on the park) – całkiem niezły przedstawiciel nurtu rape & revenge również w reżyserii Deodato.