Artykuły

« powrót
Przegląd kina grozy w roku 2006 17:00; 10 listopada 2009

Celem, jaki przyświecał mi w napisaniu poniższego artykułu, jest przybliżenie niezorientowanym w temacie, które z tegorocznych horrorów są godne polecenia, a co za tym idzie, po które z nich sięgnąć wypadałoby w pierwszej kolejności. Niniejszym komunikuję, że począwszy od 2006, co roku na łamach Horrormanii ukazywać się będą podobne publikacje z prostej przyczyny: z roku na rok horrorów kręci się coraz więcej, tak więc stwierdzić można, iż filmy grozy nareszcie powróciły do łask filmowców...

Rok 2006 przyniósł jednak pewien przełom i chodzi mi tutaj w szczególności o stopień brutalności w nowych produkcjach. Zdaje się bowiem, iż stopniowo następuje wielki powrót kina krwawego, twórcy coraz częściej stosują w swoich dziełach estetykę gore, a niektóre z tegorocznych produkcji były naprawdę bezkompromisowe i zdawały się nie poddawać żadnej cenzurze. Mam na myśli w szczególności dwa tegoroczne slashery: „Wzgórza mają oczy”(„The Hills Have Eyes”) w reżyserii Alexandre’a Aji („Blady strach”) oraz „Teksańską masakrę piłą mechaniczną:     Początek” („The Texas Chainsaw Massacre: The Beginning”) w reżyserii Jonathana Liebesmana (ci, który pamiętają jego „Gdy zapada zmrok” wiedzą, że przecież wielkich nadziei to on nie rokował).

Film traktujący o narodzinach Leatherface’a oraz jego pierwszych mordach okazał się być strzałem w dziesiątkę. Nie tylko odświeżył po ponad trzech latach legendę „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, ale nareszcie nadał temu tytułowi wyjątkowo dosłowne znaczenie. Tak, miłośnikom krwawych efektów gore nie szczędzono. Krew lała się strumieniami (i to dosłownie), a reżyserowi udało się wytworzyć klimat, jakiego nie powstydziłby się sam oryginał z 1974 roku. Jeszcze w styczniu na DVD ukazać się ma wersja unrated, dłuższa o niespełna osiem minut w stosunku do wersji kinowej. Swoją drogą, jestem bardzo ciekaw, jakie dodatkowe (bądź też dłuższe) sceny się tam znajdą, zważając na to, że już w ciemnej sali kinowej tu i tam zaobserwować można było skrzywione twarze zniesmaczonych widzów. Fani slasherów, przyzwyczajeni do mocniejszych scen, zbytnich powodów do narzekań raczej mieć nie będą, gdyż tak jak już wspomniałem – film posiada wyjątkowo sugestywny klimat grozy.

Nie gorzej jest z tym klimatem również i w filmie Aji. Reżyser „Bladego strachu” ponownie pokazał wszystkim, że slashery (w tym wypadku z domieszką dawno zapomnianych survivali) to jego specjalność. Odświeżył film Cravena, przenosząc go w dzisiejsze realia, a przy okazji poprawił go niemalże pod każdym względem. Efekt końcowy przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Dostałem film krwawy, bezbłędnie zagrany, okraszony doskonałą muzyką. Film był na tyle bezkompromisowy, że na odzew przeciwników tego typu kina nie trzeba było długo czekać. Oczywiście jedyny argument padający z ich strony dotyczy tego, że ich zdaniem we filmie jest zbyt dużo sadystycznych scen przemocy, nie zwracają zbytniej uwagi na idealne stopniowanie napięcia i kilka naprawdę niezłych jump scenes. Cóż, trudno się mówi. Zawsze znajdzie się ktoś, komu coś nie pasuje, tak też było i tym razem. Miłośnicy grozy wiedzą jednak swoje i większości twierdzą, że film jest lepszy od swojego pierwowzoru, tak więc coś w tym wszystkim musi być. W grudniu 2006 roku światło dzienne ujrzał remake kultowego horroru Boba Clarka „Krwawe święta”. Wyreżyserowany przez Glena Morgana film (maczał w nim palce James Wong) znajdzie zarówno wielu wrogów, jak i wielu fanów. Broni się świątecznym klimatem i ciekawymi efektami gore (morderca strasznie upodobał sobie gałki oczne). Trzeba przyznać, że film jest groteskowy, a dla tych, którzy z tą groteską zbyt często nie mają do czynienia, może wydawać się śmieszny. Początek roku nie był już aż tak dobry jak jego koniec. Nowa wersja „Kiedy dzwoni nieznajomy” kiepsko sprawdza się jako horror. Jeżeli jednak potraktujemy go jako thriller z dreszczykiem, to wypada już dużo lepiej. Tych, których nie odstraszy pierwsza godzina filmu, w której tak na dobrą sprawę niewiele się dzieje, czekać będzie naprawdę niezły, trzymający w napięciu finał. Pomimo takich rodzynków jak filmy Aji, Liebesmana i Morgana, nie zabrakło jednak i produkcji nie wybijających się ponad przeciętność, jak „Hotel zła” („See No Evil”, w którym to widowiskowe, ale niezbyt krwawe sceny śmierci i natłok niezbyt potrzebnych efektów specjalnych miały najwyraźniej odwrócić uwagę widza od tego, że film pozbawiony był szeroko pojętego klimatu grozy) czy „Butcher” (który, pomimo obiecującego wiele atrakcji tytułu, okazał się być filmem tylko nienagannym. Widać, że budżet był w tym wypadku prawie zerowy. Film jest koszmarnie zagrany i ma kilka dziur logicznych. Pomimo tego broni się jednak dosyć ciekawym klimatem i kilkoma niezłymi scenami. Nie oferuje jednak nic nowego i zdaje się być skrzyżowaniem „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” z kilkoma innymi tego typu filmami). W czerwcu natomiast Amerykanie spłodzili następny teen slasher. Jest nim trzecia część „Koszmaru minionego lata”, tym razem Polacy wymyślili jeszcze lepsze tłumaczenie niż ostatnio, a mianowicie: „Koszmar kolejnego lata”. Ciekaw jestem, jak będzie brzmieć tłumaczenie kolejnego sequelu, a o tym z pewnością już niedługo usłyszycie, gdyż jak powszechnie wiadomo, rynek DVD jest wyjątkowo chłonny. Film niestety nie trzyma poziomu pierwszych dwóch odsłon serii, brakuje w nim Jennifer Love Hewitt, a aktorzy, których zatrudniono, to amatorzy. Główna bohaterka w żaden sposób nie budzi we widzu sympatii, a wręcz przeciwnie – apatię. Film nie trzyma w napięciu, niejednokrotnie śmieszy zamiast straszyć, a niezła ścieżka dźwiękowa w żaden sposób nie rekompensuje mnóstwa wad, jakich niestety film posiada aż w nadmiarze. Zagorzali fani slasherów mogą jeszcze sięgnąć po „Ostatni postój” („Rest Stop”) – film mniej znany, ale wart uwagi. Cechuje się niezłą realizacją i obfituje w kilka krwawszych scen. Pomimo tych niewątpliwych zalet, zawiera jednak liczne błędy i nie każdemu przypadnie do gustu. Być może akurat TOBIE się spodoba, kto wie?

Od kilku lat panuje nieprzerwana moda kręcenia nowych wersji kultowych już tytułów. W tym roku oprócz przeróbki Cravenowskich „Wzgórz...” dane mi było obejrzeć remake klasycznego „Omenu”. Widać, że twórcy się starali, ale niestety zawiedli niemalże na całej linii, co może dziwić, zważając na to, że udało się zebrać taką obsadę. Okazało się, że L. Shreiber i J. Stiles niezbyt dobrze odnaleźli się w roli małżeństwa Thornów. Czarna rozpacz ogarnia mnie jednak wtedy, gdy przypomnę sobie nowego Damiena. Nie potrafi wzbudzić w widzu niepokoju, a wręcz śmieszy. Warto jednak zobaczyć nowy „Omen” chociażby ze względu na drugoplanową obsadę i kilka scenek, na których można podskoczyć w fotelu. Szkoda jednak, że doskonały klimat grozy z oryginału zastąpiono wspomnianymi jump scenes. Takie zagrywki nie wyszły więc twórcom na dobre, ale cóż... tonący brzytwy się chwyta.

Będąc już przy temacie remake’ów, wspomnieć należy również o „Pulsie” i „The Gurdge: Klątwie 2”. Są one wynikiem nieustannie zalewającej nas fali przeróbek azjatyckich filmów grozy. Tutaj pochwalić mogę Wesa Cravena, odpowiedzialnego za scenariusz „Pulsu”. Film rozkręca się powoli, ale jest klimatyczny i jest świetnie zagrany. Druga połowa filmu to apokaliptyczna wizja dobrze znanego nam świata, jednak tym razem na ulicach nie ma ludzi, lecz ciemność i wszechobecna pustka. Podczas seansu nieraz powinno podskoczyć wam ciśnienie. „Klątwa 2”, ponownie w reżyserii Takashiego Shimizu, traktuje o siostrze Karen (głównej bohaterki pierwszej części – w tej roli ponownie Sarah Michelle Gellar), która przyjeżdża do Tokio po tym, jak docierają do niej wiadomości o tym, co spotkało jej siostrę. Sequel przeróbki „Klątwy ju-on” wypada nieźle, nie nudzi i jest klimatyczny. Denerwuje jednak aż nazbyt natarczywym powielaniem klisz gatunkowych. Znajdziecie tutaj jednak kilka momentów, które ścisną was za gardło i nie pozwolą przez chwilę złapać oddechu. Zarówno „Puls”, jak i „The Grudge: Klątwa 2” to filmy efektowne i cieszy, że nie utraciły przy tym klimatu grozy.

Powodów do narzekań nie powinni mieć także miłośnicy wszelakich monster movies/animal attack, twórcy zadbali bowiem również i o nich. Na początek wspomnę o dwóch produkcjach, które nie zdobyły dużego rozgłosu, a które z pewnością są jednak filmami godnymi uwagi. Pierwszy z nich to „Potwór” („Abominable”), traktujący o stworze powszechnie nazywanym Wielką Stopą. Zmagać się z nim muszą mężczyzna, który na wskutek wypadku podczas górskiej wspinaczki skazany jest na wózek inwalidzki, jego opiekun oraz grupa turystek. Film jest wyjątkowo mroczny, a sam stwór wzbudzał we mnie dreszcze. W pewnym momencie pojawił się w kadrze tak nagle, że o mały włos nie zszedłem na zawał. Szczerze go wam więc polecam. Na jego tle troszkę blado wypadają „Cmentarne wrota”, obfitujące w naprawdę wiele niesamowicie drastycznych scen. Tutaj zagrożeniem okazuje się być zmutowany diabeł tasmański, który notorycznie rozrywa na strzępy każdego, kogo napotka na swojej drodze, a napotyka wielu. Średnio na 3-5 minut pada tutaj jedna ofiara, więc na nudę narzekać nie będziecie. Cała ta masakra nie jest jednak w stanie przesłonić amatorskiego wykonania i koszmarnej amatorskiej gry aktorów (oczywiście nie wszystkich). Dla takiej dawki gore warto jednak po powyższy tytuł sięgnąć. „Robale” („Slither”) to już produkcja dużo droższa, pieniądze zostały jednak spożytkowane w sposób należyty. Efekty specjalne prezentują się znakomicie. Mam na myśli zarówno animacje z udziałem robali, wybuchy, jak i efekty gore, których twórcy filmu nie poskąpili. Obraz traktuje o najeździe kosmitów na małe amerykańskie miasteczko. Dech w piersi zapiera charakteryzacja ludzi, powoli zamieniających się w obślizgłe bestie z kanibalistycznymi skłonnościami. Uśmiech na twarzy potrafi wywołać czarny sytuacyjny humor, a w szczególności niecenzuralne wiązanki padające z ust burmistrza miasteczka. „Węże w samolocie” Davida R. Ellisa („Oszukać przeznaczenie 2”) są natomiast kinem czysto rozrywkowym i jako takie sprawdzają się znakomicie. Jest trochę napięcia, trochę humoru, dobre efekty specjalne i świetna rola Samuela L. Jacksona. Jak dla mnie troszeczkę zbyt wyraźnie jest tutaj nakreślony wątek sensacyjny, ale można to przegryźć. Wydawać by się mogło, że monster movies to podgatunek, którym bawią się tylko Amerykanie, otóż nic bardziej mylnego, gdyż pod koniec maja tego roku światło dzienne ujrzała koprodukcja południowokoreańsko-japońska zatytułowana „The Host: Potwór” („Gwoemul”). Reżyserem jest Joon-ho Bong i przyznać trzeba, że udało mu się stworzyć obraz ponadprzeciętny. Film traktuje o bestii, która schronienie znajduje w płynącej przez ogromne miasto rzece i kanałach ściekowych. Jak nietrudno wywnioskować, jest to zwierzę wodno-lądowe. Od tej pory zaczyna polować na mieszkańców wspomnianego miasta. „Gwoemul” jest filmem docenionym i nic dziwnego, gdyż sam wygląd wspomnianej bestii zapiera dech w piersi. Do tego dodajcie sobie, że jest szybka, inteligentna i uwielbia zabijać. Czego chcieć więcej? Jak przystało na monster movie z prawdziwego zdarzenia, film okraszony jest doskonałymi efektami wizualnymi oraz kryje w sobie potężny ładunek napięcia, które w finale sięgnie zenitu.

Będąc już przy temacie azjatyckich filmów grozy, nie sposób nie wspomnieć o „To Sir with Love”, traktującym o grupie szkolnych kolegów spotykających się w domu swojej starej nauczycielki, która niegdyś się nad nimi znęcała. Nareszcie jakiś film odbiega od ogólnie przyjętych klisz gatunkowych azjatyckich straszaków. Niestety nie we wszystkich przypadkach tegorocznych ghost story rodem z Azji próbowano wymyślić coś nowego. Ni oznacza to jednak wcale, że są to filmy złe... „Apartament” opowiada o młodej kobiecie, obserwującej w wolnym czasie okna w budynku na przeciwko. Zauważa ona, że w niektórych mieszkaniach światła gasną w tym samym momencie, być może ma to związek z tajemniczą serią zgonów... film obfituje w kilka straszniejszych momentów, ale w ogólnym rozrachunku wypada raczej średnio. Następnym tytułem rodem z Azji jest „Arang”, traktujący o pewnej pani detektyw, która prowadząc śledztwo w sprawie morderstw odkrywa, że jest w jakiś sposób powiązana ze śmiercią dziewczyny sprzed dziesięciu lat. Film potrafi przerazić, ale nawet nie próbuje odciąć się od klisz gatunkowych ghost story, a jedynie je powiela. Warto również zwrócić uwagę na „Blach Night”, składający się z trzech krótkich nowel. Największą wadą filmu jest oczywiście fakt, iż jest on do bólu wtórny. Jeżeli ktoś lubi jednak azjatyckie straszaki, to bez wątpienia po wspomniane tytuły zasięgnąć powinien. Z ghost story movies jest bowiem tak samo jak ze slasherami, albo się je lubi, albo też nie...

Zostawiając jednak na chwilę Azję, należałoby napomnieć o francuskim „Ils”, w reżyserii Davida Moreau. Niby to slasher, niby coś zupełnie innego... z pewnością jednak film kryje w sobie potężną dawkę grozy, a jednocześnie nie epatuje przemocą. Jest nietypowy i w tym właśnie tkwi jego siła. Będąc już przy temacie europejskiego kina grozy nie sposób nie wspomnieć o dwóch filmach z Wielkiej Brytanii... Pierwszy z nich to „Wściekłość” – traktuje o grupce więźniów atakowanych przez psy. Film obfituje w wiele drastycznych sekwencji i polecam go w szczególności miłośnikom gore. Drugi film to „Severance” Christophera Smitha (Creep) i przy nim chciałbym się na krótką chwilę zatrzymać. Traktuje on o grupie pracowników koncernu zbrojeniowego Palisade, którzy wyjeżdżają na obóz integracyjny. Na miejscu okazuje się, że ktoś na nich poluje... Smith po raz kolejny udowodnił, że potrafi nakręcić naprawdę dobry film. Tym razem jest to mieszanka horroru gore z czarną komedią. Ten angielski humor rzeczywiście potrafi rozbroić człowieka, a razem ze sporą ilością posoki tworzy mieszankę wybuchową. Cieszy także fakt, iż film nie jest odgrzewaną historią, że jest to kino wielce oryginalne, nietypowe, a przy tym doskonale zagrane i trzymające w napięciu do ostatnich minut. Z resztą cóż tu dużo mówić... sam poster pokazuje na co trzeba się przygotować. Skoro już mowa o Wielkiej Brytanii, to światło dzienne ujrzała także „Ciemna noc”, niestety nic mi bliżej o tym tytule nie wiadomo. Z całą pewnością warto jednak zwrócić uwagę na hiszpański „The abandoned”, traktujący o pewnej kobiecie, która dziedziczy w spadku farmę. Jak się okazuje miejsce to jest przeklęte. Rosnąca fala popularności kina grozy nie ominęła także i innych krajów europy, co zaowocowało powstaniem portugalskiego „Cuisa Ruim” i norweskiego „Fritt vilt” (Cold prey).

Przenieśmy się jeszcze na chwilę w strony Ameryki Północnej, a dokładniej Kanady. Powstał tam bowiem „Fido”. Ni to horror, ni to komedia, oceńcie jednak sami... film opisuje wydarzenia jakie miały miejsce po tym, jak za sprawą tajemniczego pyłu z grobów zaczęli wstawać zmarli. Jak się okazało, ludzie bardzo szybko dostosowali się do nowej sytuacji i wynaleźli obroże pozwalające im na panowanie nad zombiakami. W teraźniejszości nikogo więc nie dziwi widok żywego trupa pomagającego w domu. Timmy, główny bohater filmu posuwa się jednak o jeden krok dalej i zaprzyjaźnia się z jednym ze stworów i nadaje mu imię Fido. Czy przyjaźń ta jednak przetrwa... przyznać musicie, że zarys fabuły brzmi niebanalnie. „Fido” to oczywiście nie koniec historii o zombie. Światową premierę miała już bowiem wyczekiwana przez wiele osób trzecia wersja „Nocy żywych trupów”, tym razem w 3D. Swoją drogą ciekaw jestem, czy film ten wejdzie w ogóle na ekrany polskich film. Jak wiadomo żyjemy w dosyć zacofanym kraju, więc oczekiwać należy jak zwykle najgorszego. Sam film zapowiada się niezwykle ciekawie, fabuła zdaje się nie została zbytnio przekształcona, a jedną z głównych ról w filmie zagra Sid Haig (niezapomniany Kapitan Spaulding z „Domu 1000 trupów”). To jednak nie koniec filmów o zombie, pośrednio zahacza bowiem o ten temat jeszcze „Mordercza zaraza” (Plague) pod którą to podpisał się sam Clive Barker. Fabuła przedstawia się następująco: wszystkie dzieci na świecie po trwającej dziesięć lat  śpiączce wybudzają się z niej i wpadają w morderczy szał. Ich jedynym celem jest od teraz wymurowanie całej dorosłej populacji ludzkiej. Zachowujące się jak żywe trupy dzieciaki nie oszczędzają nawet swoich najbliższych. Pomimo zmasowanego ataku udaje się jednak przeżyć co po niektórym dorosłym. Taraz muszą stawić czoła nie tylko agresywnym bestiom, ale i znaleźć odpowiedź na pytanie co spowodowało tak brzemienną w skutkach zarazę. Historia przedstawiona we filmie przypomina trochę tą z „28 dni później” (agresja która przemienia ludzi w bezduszne bestie), ale film można zobaczyć jeżeli lubi się tego typu opowieści. Będąc już przy temacie zombie i gore wspomnieć należy o „Shandow: Dead Riot”. W filmie główną rolę zagrał weteran kina grozy Tony Tood. Gra żądnego zemsty więźnia, który po dwudziestu latach powraca z armią zombie aby zemścić się na swoich oprawcach. Problem w tym, że w teraźniejszości więzienie w którym odbyła się jego egzekucja jest więzieniem kobiecym. Film ten jest horrorem akcji, dużo tutaj mordobicia, ale nie brak też całego mnóstwa efektów gore. Jest jednak bardzo kiepski i nie każdy horrormaniak wytrzyma ten seans...

Podobnie jak co roku i w 2006 Stephen King doczekał się kilku ekranizacji swoich dzieł. Za „Desperation” odpowiedzialny jest Mick Garris, powstało natomiast jeszcze osiem filmów okraszonych wspólnym tytułem „Marzenia i koszmary”, a w nich kolejno: „Pole walki”, „Crouch end”, „Ostatnia sprawa Umneya”,  „Koniec całego bałaganu”, „Drogowy wirus zmierza na północ”, „Piąta ćwiartka”, „Autopsy room four”,  oraz „Mają tu kapelę jak wszyscy diabli”. Nie będę się jednak na ich temat rozwodził, gdyż do miłośników samego S. Kinga się nie zaliczam. Najlepszym sposobem, aby sprawdzić jak to wszystko wyszło jest obejrzenie tychże właśnie filmów i przekonanie się na własnej skórze co sobą prezentują.

Trzecia część „Oszukać przeznaczenie” (Final destination 3) również okazała się być filmem bardzo dobrym. Za kamerą stanął ponownie James Wong, reżyser części pierwszej. Film był mroczniejszy od części drugiej, a sceny „przypadkowych” zgonów jak zwykle zadziwiały swoją pomysłowością i brutalnością . Śmiało mogę stwierdzić, że jest to najkrwawsza część z całej trylogii. Tradycyjnie nie znajdziecie tutaj typowego klimatu grozy (ale akurat do tego poprzednie dwie części zdążyły chyba już wszystkich przyzwyczaić), ale jest tajemniczo, a twórcy z powodzeniem przygotowali kilka zaskakujących zwrotów akcji. Oczywiście nie mogło się obyć bez filmu traktującego o jednych z najstarszych występujących w horrorach bestii: wampirów i wilkołaków. Mam oczywiście na myśli głośny „Underworld: Evolution” który na kranach kin gościł już w styczniu 2006 roku. Na co się było można przygotować było dużo biegania i strzelania, ale o dziwo film przypadł mi do gustu i to nawet bardzo. Po opadnięciu pierwszych emocji stwierdziłem, że pierwszej części nie dorównuje, owszem, ale jest efektownym, utrzymanym w ciemnych barwach i dosyć krwawym horrorem. Linie rodowodowe lykan i wampirów zostały rozszerzone do tego stopnia, że na filmie trzeba się mocno skupić, aby się nie pogubić. pierwszy spotkało mnie coś takiego podczas oglądania szybkiego horroru akcji. Zmuszony jestem uznać to za zaletę filmu, gdyż spodziewałem się, że dostanę bezmyślną strzelaninę, a tutaj proszę... poczułem się mile zaskoczony.

Ps. z filmem radzę się zapoznać szczególnie ze względu na znakomitą charakteryzację wilkołaków i hybryd (mieszańców wampirów z wilkołakami).

Innym, równie głośnym tytułem jest „Piła 3” (Saw 3). Film zebrał pozytywne opinie wśród fanów gatunku i jest naprawdę krwawym kawałkiem kina. Zapowiadana jako najbrutalniejsza z wszystkich dotychczasowych części „Piły” część trzecia oferuje sporą ilość sadystycznych scenek, zobaczycie min. pułapkę z której aby się wydostać, trzeba będzie wyjąć ze swojego ciała haki (przypomina się „Hellraiser”?) oraz operację na ludzkim mózgu. Miłośnicy krwawych efektów nie powinni się więc czuć zawiedzeni. Reżyserią ponownie zajął się Darren Lynn Bousman, a oprawcami po raz kolejny będą Jigsaw i jego uczennica Amanda. To nie koniec hitów z USA. Została jeszcze bowiem „Fobia” Bug) William Friedkina. Jedną z głównych ról zagrała w niej Ashley Judd. Cieszy, że znani aktorzy coraz częściej grają w horrorach. Póki co nie zapowiada się jednak, że tak szybko zobaczymy ten film w naszych kinach. Paranoja... zważając na to, że premierę miał w maju 2006. Światło dzienne ujrzał także „Hatchet” traktujący o śmierci pewnego zdeformowanego chłopca. Gdy umiera także jego ojciec, zaczynają znikać ludzie, a w domku na bagnach gdzie obydwoje mieszkali, słychać płacz chłopca... Film zwraca na siebie uwagę szczególnie obsadą aktorską, w której znajdują się naprawdę wielu weteranów kina grozy, min.: Tony Todd, Robert Englund oraz Kane Hodder.

Nie mniej ciekawie prezentuje się także „Woods”. Znany już przez fanów horroru Lucky McKee tym razem zabierze nas do żeńskiej szkoły ukrytej gdzieś głęboko w lesie. Trafia do niej główna bohaterka Heather. Niedługo po jej przyjeździe zaczynają ginąć kolejne uczennice, zdaje się, że coś czai się w lesie... twórcy postanowili zabawić się w psychologię, efekt koncowy pozostawię zaś każdemu do indywidualnej oceny. Nie można zapomnieć o remaku kultowego już angielskiego horroru „Kult” (Wickerman). W obsadzie same gwiazdy: Nicolas Cage i Leelee Sobieski. Film nie dorównuje jednak w żadnym razie oryginałowi. Pogrzebano znakomity klimat, a zastąpiono go doskonałą realizacją. Nie o to jednak chodzi w filmach grozy... Będąc już przy temacie remaków wspomnieć wypadało by o filmie „Wizard of gore”. tutaj fabuły przybliżać chyba nie potrzeba – tytuł mówi sam za siebie...

Nie zabrakło także i horrorów fantasy. Bezapelacyjnie najlepszym filmem tego typu w 2006 roku okazał się „Labirynt fauna” (Pan’s Lanyrinth) w reżyserii Guillermo del Toro. Opowiada o małej dziewczynce, Ofelii której przyszło rzyć w czasie faszystowskiego reżimu w Hiszpanii podczas drugiej wojny światowej. Ucieka ona w świat fantazji, w którym spotyka tytułowego fauna który twierdzi, że jest ona bez zwątpienia dawno zaginioną księżniczką i nadszedł najwyższy czas, aby powróciła do królestwa swojego ojca. Najpierw musi jednać wykonać trzy zadania wyznaczone przez fauna. Jedyne co mogę w tej chwili zrobić, to polecić wam owy film. Zarys fabuły nie tylko wygląda niebanalnie, ale taki też jest w rzeczywistości. To piękna, baśniowa historia z faszystami w tle i zakończeniem, które można zinterpretować na dwa sposoby. Poza tym aktorzy nie zawodzą, bestie występujące we filmie prezentują się nieźle, muzyka robi swoje, a film potrafi dosłownie zahipnotyzować widza. Jeżeli lubicie tego typu filmy z pewnością nie zaszkodzi też zwrócić uwagę na „Minotaura”. Podobnie jak film del Toro, jest to horror utrzymany w konwencji filmu fantasy. Traktuje on o pewnym chłopaku żyjącym w wiosce w której raz na jakiś czas mieszkańcy zmuszeni są złożyć przerażającemu Minotaurowi ofiarę złożoną z dziewięciu młodych chłopców. Nasz bohater postanawia zabić bestię. Film zasługuje na uwagę gł. ze względu na wykonanie tytułowego Minotaura i dosyć ciekawą ścieżkę fabularną.

Od dłuższego czasu filmowców kusi temat gier komputerowych. Scenariusz „Stay alive” zakłada przenikanie się dwóch przestrzeni: rzeczywistości i świata przedstawionego w tytułowej grze komputerowej. Oprawczynią była sama Elżbieta Batory (miłośnikom horrorów chyba nie muszę jej przedstawiać). Pomimo hardcorowych plakatów (takich jak ten obok) i świetniej kampanii reklamowej film nie spełnił do końca moich oczekiwań. Ścieżka fabularna opierała się na grupie znajomych, którzy chcąc rozwiązać zagadkę śmierci ich wspólnego przyjaciela postanowili zagrać w pewną grę komputerową. Jak się okazało, kto zginął w grze, ten w krótkim czasie w taki sam sposób ginął w rzeczywistości, a po wyłączeniu komputera, gra wcale się nie kończyła... zapewne wyczuwacie w tej historii pewien potencjał, ale niestety nie został on nawet w połowie wykorzystany. Film szczególnie w drugiej połowie trzyma jednak w napięciu i nie nudzi, a to liczy się w końcu najbardziej, nieprawdaż?

Będąc już w temacie gier komputerowych nie sposób zapomnieć o ekranizacji kultowej już dzisiaj dla wielu miłośników komputerowego straszenia gry „Silent hill”. Razem z „Texas chainsaw massacre: the beginning” i „Hills have eyes” tworzy on bowiem trio najlepszych horrorów tego roku. To co go wyróżnia to gęsty niczym mgła w tytułowym miasteczku klimat, świetne efekty specjalne które nie rujnują tegoż właśnie klimatu, idealnie odwzorowane z pierwowzoru bestie, ponadprzeciętne aktorstwo i wielowymiarowa fabuła. Ach, same superlatywy... Na tym miłym akcencie zakończę wymienianie tych bardziej znanych horrorów wypuszczonych na rynek w roku 2006. Patrzę również z ulgą w najbliższą przyszłość, gdyż rok następny źle się wcale nie zapowiada. Komplet zapowiedzi filmów grozy na 2007 rok znajdziecie w dziale zapowiedzi, tym czasem proponuję jak najszybciej zapoznać się przynajmniej z częścią wspomnianych przeze mnie tytułów. Nie pożałujecie...

autor: Dux

Copyright © Horrormania.pl 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone
realizacja: kmatuszewski.com

porady finansowe | nieruchomości suwałki | strzyżenie | Dzwonki | gzymsy | zdjęcia fryzur | zidane | suwałki praca | instalacje przeciwpożarowe | gry planszowe | Perfumeria | Projekty domów |
sprzedam psa kota | pisanie prac licencjackich | luksusowe apartamenty | myjnia kraków | konferansjerzy |